polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Armia Freak

Armia
Freak

Choć dobija 50. - Tomasz Budzyński, wydaje się tryskać energią niczym dwudziestokilkuletni młodzieniec. Może to ta radość, którą napełnia go Pan? W każdym razie jego zespół przeżywa drugą młodość. W zaledwie w kilka miesięcy po spektakularnym krążku „Der Prozess” dostajemy następny. Można pomyśleć, że panowie starają się pójść za ciosem. Może nawet chcą nam zaserwować odrzuty z poprzedniej sesji – można podejrzewać. Nic z tych rzeczy. Anglojęzyczny tytuł nie bez kozery sytuuje płytę na pozycji odszczepieńca w dyskografii zespołu. „Freak” to Armia jakiej nie znaliśmy i jakiej się nie spodziewaliśmy. Choć skuteczna tak samo jak w poprzednim natarciu. Tym bardziej, że jej szeregi na powrót zasilili jej pierwsi oficerowie – Robert Brylewski i Sławek Gołaszewski. Dodatkowo ofensywę wsparli: Marek Pospieszalski i Łukasz Kluczniak odpowiedzialni za uderzenia dęciaków. Kwaterą główną, gdzie założone strategie zostały zrealizowane było studio Roberta „Licy” Fridricha. A więc doborowy skład i najlepszy sprzęt – na miarę tychże są efekty.

Znakiem rozpoznawczym i siłą Armii były zawsze ostre jak brzytwa, metalowe gitary. I tu – zaskoczenie numer jeden. Wioślarskie rzemiosło Brylewskiego jest tu jakby nieco z tyłu. Budzyński, który longplay wyprodukował sam, postawił bardziej na sekcję, która w dialogu z równie wyeksponowanymi saksofonami brzmi bardziej jazzrockowo niż metalowo, czy punkowo. To nieoczekiwana zmiana numer dwa. A w końcu – chyba największa niespodzianka: Budzyński śpiewa po angielsku. Niespodzianka raczej konfudująca – bo jak zauważył ktoś przede mną: nie wiadomo po co? Również jak na moje ucho jest to pewien minus albumu. Ostatecznie jednak muzyka bierze górę; można przymknąć oko, czy ucho na słowiańska angielszczyznę. Tym bardziej, że jak na ostatniej płycie teksty są oszczędne i dźwięki są na pierwszym planie. Motoryczny dialog perkusji i basu, które zwodzą nas raz po raz, żeby w końcu zawisnąć w jednostajnym transie albo zwolnić na moment, nawet umilknąć, by mogły wybrzmieć saksofony wijące się w spazmatycznych freejazzowych frazach. Tu i ówdzie asystuje im akordeon Karola Nowackiego, tak że całość nabiera quasi-folkowego odcienia. Brzmi jak nie-Armia? W istocie. Tego trzeba posłuchać samemu. Koniecznie!

[Michał Nierobisz]