polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Ars Cameralis 2009
GOP | 20.10-30.11.09

Ars Cameralis to festiwal niezwykły. Przywraca Górnośląskiemu Okręgowi Przemysłowemu cechę, która od zawsze była esencją Górnego i całego Śląska -  wielokulturowość.
Przez cały miesiąc na scenach teatrów i klubów, w zaciszach galerii jednej z najbogatszych i najciekawszych konurbacji miejskich prezentuje sztukę z przeróżnych półek: muzyka klasyczna spotyka awangardową, reżyserzy filmowi prezentują fotografie i litografie, hip-hop, funk i trip-hop występują w obronie uciskanych mniejszości etnicznych, legendy muzyki niezależnej, poezji i jazzu z USA pojawiają się na górnośląskich scenach i prezentują swoje programy – jakby występowali u nas od wieków. Tak niezwykła oferta gwarantuje nie tylko wysoką frekwencję, ale i niepowtarzalne wydarzenia estetyczne.

Europa w natarciu

Dla fanów muzyki niezależnej, tegoroczna edycja festiwalu rozpoczęła się siódmego listopada, gdy w Katowicach pojawił się Matt Elliott.
Występujący przed nim Vincent Dupas i jego My Name Is Nobody zaprezentowali stylowy zestaw chansons, w których silny ślad zostawiła europejska, a w szczególności francuska tradycja piosenkopisarstwa. Choć to Dupas jest liderem i zapewne autorem większości kompozycji, My Name Is Nobody to trójka (w pełnym składzie przez zespół przewinęło się 10. osób) przyjaciół, którzy dzielą swoją inwencję pomiędzy pianino, gitarę, perkusję i trzy głosy.

Facet, który pojawił się na scenie po występie MNIN, mimo sporych osiągnięć na gruncie nowoczesnej muzyki – głównie z Third Eye Foundation – zupełnie nie zachowywał się jak gwiazda współczesnej sztuki. Usiadł na postawionym na środku sceny drewnianym krześle, wziął do ręki gitarę, szybko sprawdził brzmienie nagłośnienia i rozpoczął swój koncert.
Początek nie zapowiadał rewelacji: silny męski głos, gitara akustyczna i nawiązania do muzyki średniowiecznej razem tworzyły solidne kompozycje, jednak nie powalały. Dopiero włączenie do gry kilkudziesięciu leżących na scenie efektów zaowocowało intrygującym rezultatem dźwiękowym.

Elliott połączył inspiracje średniowiecznymi balladami i pieśniami muzyki dawnej z siłą eksperymentalnej, noise’owej elektroniki. Nagrywał kilka akordów na leżący gdzieś na scenie looper, dogrywał kolejne partie, następnie całość łączył, nawarstwiał i przetwarzał. W pewnym momencie z głośników wydobywały się przetworzone filtrami dźwięki gitary akustycznej, elektroakustycznej i fletu, a artysta z przekąsem żartował, że nie wie, co się dzieje z jego sprzętem. Jego występ był pierwszym tak wyraźnym przykładem łączenia tradycji ze współczesnością – charakterystycznego aspektu festiwalu Ars Cameralis.

New Folk America

Inspiracja muzyką dawną powróciła dziewiętnastego listopada, gdy na deskach dużej sceny chorzowskiego Teatru Rozrywki pojawiła się Josephine Foster z zespołem – prosto z Kolorado w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Już jej prosta sukienka, pantofle i upięte proste włosy zapowiadały odwołania do przeszłości. Nie ma to nic wspólnego z modą na oldschool – amerykańska artystka autentycznie inspiruje się muzyką czasów minionych USA: bluesem, folkiem, w jej piosenkach słychać nawet echa muzyki country.
Pani Foster, ze swym charakterystycznym zawodzeniem, gitarą akustyczną, harmonijką ustną i strojem wyglądała i brzmiała niczym przeniesiona z XVIII. wieku natchniona farmerka, która w przerwie pomiędzy odprowadzeniem dzieci do szkoły, a przygotowywaniem obiadu dla wracającego z pola męża uprzyjemnia sobie czas, śpiewając o dawnych, lepszych czasach i tęsknocie za większą wolnością. W Chorzowie towarzyszył jej gitarzysta elektryczny i perkusista, który grał też na cymbałach/wibrafonie. Pierwszy z nich raz po raz tworzył ambientowe tło na przemian z momentami głośniejszymi, gdy cała trójka zatracała się w hałasie.

Podczas kilku ostatnich utworów Foster usiadła przy fortepianie, by zaserwować zgromadzonym kilka lirycznych songów. Gitarzysta wyciszył się, a perkusista pocierał miotełkami i pałeczkami o talerze i membrany zestawu perkusyjnego, wydając z instrumentu klimatyczne, okołojazzowe dźwięki.

Po koncercie Amerykanki na scenie pojawił się Bartłomiej Majzel, by zapowiedzieć gwiazdę wieczoru – Andrew Birda. Muzyk nie kazał na siebie długo czekać. Owacyjnie witany, stanął na środku sceny w otoczeniu kilku instrumentów i multum efektów. Motyw loopowania dźwięku znowu powrócił.

Z pomocą elektroniki solista wytworzył dźwięki, które mógłby zagrać kwintet złożony z dwóch skrzypków, gitarzysty, wibrafonisty i poety-konferansjera. W pewnym momencie, podobnie jak Elliott, żartował, że nie gra zloopowanej przed momentem muzyki, co, niestety, bardziej tradycyjnie nastawiona do koncertów publiczność odebrała opacznie. De facto jego występ był na wskroś nowoczesną formą prezentacji muzyki współczesnej, która inspiruje się folkiem, muzyka klasyczną, rockiem i muzyką elektroniczną. W przeciwieństwie do koncertu Anglika, który sprawiał wrażenie dobrze zaplanowanego i przygotowanego zestawu utworów, występ Birda cechowała frywolność, improwizacja i poddanie się chwili. Pochodzący z Chicago kompozytor był chyba najbardziej wyluzowanym spośród występujących na Ars Cameralis muzyków. Gwizdał (co jest stałym elementem jego koncertów), żartował, opowiadał o inspiracjach i dobrze się bawił. Dwie warstwy loopowanych skrzypiec, piosenki gitarowe, dźwięki wibrafonu, garnitur, zdjęte buty na początku koncertu, rozwiany włos, nieustanny uśmiech i gwizdy to najbardziej zapadające w pamięć elementy jego pięknego koncertu. Tylko kim był ten brodacz, który wnosił i wynosił gitarę Birda?

USA Independent Music

Jednym z najbardziej wyczekiwanych koncertów tegorocznej edycji Ars Cameralis był występ legendy amerykańskiej sceny rocka niezależnego: Yo la Tengo. Trio pojawiło się w Katowicach w składzie utrzymującym się od 1992. roku, czyli z Irą Kaplanem na gitarze, klawiszach i wokalu, grającą na perkusji, gitarze akustycznej i śpiewającąją Georgią Hubley oraz basistą, wokalistą i klawiszowcem Jamesem McNew. Koncert Amerykanów udowodnił, że muzyka rockowa potrafi obronić się w dzisiejszych czasach, jest w stanie walczyć o oryginalność i autonomię na mapie współczesnej sztuki.
Ich rozbudowane brzmieniowo i kompozycyjnie utwory-mozaiki łączą elementy noise-rocka i shoegaze’u z motoryką bębnów i specyficzną, dającą nadzieję melancholią. Szwargot basu i przester gitary elektrycznej wytwarzały raz po raz dźwiękowe mikstury, których wielowątkowość i wielowarstwowość przeplata się z energią sceniczną i zaangażowaniem – sednem muzyki rockowej.

Kaplan wędrował od mikrofonu, do którego przez większą część koncertu mruczał teksty swych piosenek, do wzmacniacza, przy którym sprzęgała gitara, by usiąść za elektrycznym pianinem i z pomocą efektu Digitecha produkować odgłosy bliższe przetworzonym gitarom czy Warpowskim IDM-ambientom granym na syntezatorach. Ostatecznie ustąpił miejsca Hubley, która z gitarą akustyczną wprowadziła zgromadzonych w Jazz Clubie Hipnoza słuchaczy w balladowe klimaty ostatniej płyty Yo la tengo – utwory I’m on my way i When it’s dark. Muzycy skupili się głównie na wydanym w tym roku Popular songs, choć nie zabrakło powrotów do przeszłości: From a motel 6 z albumu z początku lat 90. zeszłego wieku, Autumn sweater z I can hear your heart beating as one czy tytułowego utworu z EPki Tom Courteney. Ich koncert był idealnym zwieńczeniem rockowej części festiwalu, a country’owo-rock&rollowi Wreckless Eric & Amy Rigby, którzy pojawili się na scenie Hipnozy przed nimi pozostają w kontekście show Yo la tengo sympatyczną, ale jednak – tylko przystawką. 

Polish Jazz meets New York Jazz

Jednym z koncertów kończących tegoroczną edycję Ars Cameralis był występ Obara Special Quartet – projektu katowickiego saksofonisty, który zaprosił do współpracy uznanych w świecie jazzu i muzyki improwizowanej muzyków: trębacza Ralpha Alessiego, kontrabasistę Marka Heliosa i perkusistę Nasheeta Waitsa. Ten sensacyjny skład zaprezentował mieszkańcom konurbacji górnośląskiej współczesny jazz na najwyższym poziomie, co nie dziwi – nowojorczycy są wykładowcami na School of Improvisational Music, a Maciej Obara współpracował z i jest chwalony przez żywą legendę naszej sceny – Tomasza Stańko. Synkopy, solówki instrumentalistów, momenty improwizowane przeplatane z opracowanymi wcześniej i zapisanymi w nutach tematami – w tym jazzowym daniu nie zabrakło żadnego ze składników.

Każdy z muzyków prezentował bardzo wysoki poziom wykonawczy, jednak szczególnie wyróżnił się Mark Helios, wydając z kontrabasu przeróżne dźwięki – a to zagrał kilka fraz smyczkiem, by po chwili wrócić do gry palcami i za pomocą strun i progu wydobyć dźwięki bliskie muzyce eksperymentalnej.
 
Kulturalny Górny Śląsk. Podróż do kresu nocy.

Te kilka słów to zaledwie szkic, lekki zarys próbujący streścić wydarzenia festiwalu Ars Cameralis 2009. Poza opisywanymi artystami w ramach Podróży do kresu nocy na górnośląskich i zagłębiowskich scenach pojawili się: Ramallah Underground – kolektyw triphopowo-funkowy, który w nowoczesny sposób opisuje konflikty i nadzieje swojej ojczyzny – Palestyny, jeden z najbardziej aktywnych i zaangażowanych poetów w USA z towarzyszeniem jazzmanów: Amiri Baraka Speech Quartet czy francuski kontratenor Philippe Jaroussky w towarzystwie uznanego na świecie zespołu muzyki dawnej: Concerto Köln. Na skutek wypadku nie dojechali St. Vincent i gwiazdy współczesnego avant-folk-popu: Grizzly Bear – ci ostatni deklarują chęć występu w Katowicach.

Bez wątpienia Ars Cameralis Festival jest jednym z najciekawszych, a zarazem najbardziej aktualnych festiwali sztuki w naszej części Europy. Organizatorzy nie boją się prezentować nurtów powstających na styku popu i folku czy gitarowej muzyki niezależnej, co, jak pokazują dotychczasowe edycje, owocuje sukcesem artystycznym i frekwencyjnym. Muzyka klasyczna również znajduje tu swoje miejsce, jednak zawsze w oryginalnym kontekście – jak w otwierającej tegoroczną edycję prezentacji muzyki filmowej Roque Bañosa w wykonaniu Camerata Silesia i Orkiestry Kameralnej AUKSO. Prezentacja fotografii i litografii Davida Lyncha i spotkanie z reżyserem w Rondzie Sztuki jest kolejnym sukcesem organizatorów.
W regionie, który rozwinął się w dobie dominacji przemysłu ciężkiego imprezy kulturalne odnoszą spore sukcesy frekwencyjne i artystyczne. Wielokulturowość i wielopłaszczyznowość to cechy charakterystyczne i wspólne festiwalu i Górnego Śląska. Myślenie globalne w postaci artystów światowej sławy i profesjonalnej organizacji odnajduje się w kontekście lokalnym – górnośląskich klubach, galeriach i zabytkowych kopalniach. Symbioza kontekstów i dotychczasowe edycje rozwiewają wszelkie wątpliwości, co do sukcesu przyszłorocznej edycji. Mając w pamięci tegoroczne wzruszenia i emocje, możemy ze spokojem spoglądać w kierunku regionu, który rozwój przemysłu zamienił na rozwój kulturalny i spotkać się na jedynym w swoim rodzaju święcie sztuki już za dwanaście miesięcy.

[zdjęcia: Łukasz Folda]

Yo La Tengo [fot. Łukasz Folda]
Yo La Tengo [fot. Łukasz Folda]
Yo La Tengo [fot. Łukasz Folda]
Yo La Tengo [fot. Łukasz Folda]
Yo La Tengo [fot. Łukasz Folda]
Andrew Bird [fot. Łukasz Folda]
Andrew Bird [fot. Łukasz Folda]
Andrew Bird [fot. Łukasz Folda]
Andrew Bird [fot. Łukasz Folda]
Andrew Bird [fot. Łukasz Folda]
Matt Eliott [fot. Łukasz Folda]
Matt Eliott [fot. Łukasz Folda]
Matt Eliott [fot. Łukasz Folda]
Matt Eliott [fot. Łukasz Folda]
Josephine Foster [fot. Łukasz Folda]
Josephine Foster [fot. Łukasz Folda]
Josephine Foster [fot. Łukasz Folda]
Wreckless Eric & Amy Rigby [fot. Łukasz Folda]
Wreckless Eric & Amy Rigby [fot. Łukasz Folda]
Wreckless Eric & Amy Rigby [fot. Łukasz Folda]
Obara Special Quartet [fot. Łukasz Folda]
Obara Special Quartet [fot. Łukasz Folda]
Obara Special Quartet [fot. Łukasz Folda]
Obara Special Quartet [fot. Łukasz Folda]
My Name Is Nobody [fot. Łukasz Folda]
My Name Is Nobody [fot. Łukasz Folda]
 [fot. Łukasz Folda]