polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Off Festival Club
Katowice | 18.12.10

Poprzednie odsłony klubowych edycji Off Festivalu upłynęły pod znakiem muzyki eksperymentalnej (Emiter, Kristen, Contemporary Noise Sextet, Deerhoof), hc/post-punka i psychodelii (Plum, Materac, The Butthole Surfers). Odsłona grudniowa 2009 skupiła się głównie na rock&rollu, choć nie zabrakło bardziej awangardowych wycieczek.

Na pierwszy ogień poszedł Bajzel, czyli człowiek-orkiestra tworzący taneczne one-man-show za pomocą głosu, gitary, nagranych sampli rytmu i linii basowych, loopera i kilkudziesięciu innych efektów. Podczas jego występu nie zabrakło momentów lirycznych, choć oczywiście przez większość koncertu pochodzącego ze Świnoujścia muzyka przeważał taneczny rock&roll, którego bazę często stanowi wzięty z drum’n’bassu, funku czy rapu rytm. Dziwne, że pod sceną nie zebrała się większa grupa tańczących – publiczność stała raczej wycofana i tylko kilka osób poruszało się do rytmów i riffów wygrywanych przez artystę. Być może słyszeli jego muzykę po raz pierwszy i nie byli przygotowani na na wskroś nowoczesny, współczesny rock&roll, być może czterdzieści minut to czas niewystarczający na wciągnięcie w tak bezkompromisową i konkretną muzykę.
Bajzel zaprezentował tylko kilka numerów z pierwszej płyty, w tym m. in. Frustrated, Man czy Window. Reszta były to nagrania z drugiej płyty „Miłośnij” lub nigdzie wcześniej nie publikowane kompozycje. Jego koncert potwierdził jego oryginalność i zjawiskowość.

Zaraz po nim na scenie pojawili się Mitch&Mitch Big Band w towarzystwie Igora Krutogolova – izraelskiego muzyka, który zainspirowany koncertem M&M w swojej ojczyźnie i ich wykonaniem utworu Zeliga Rabitchnyaka dołączył do grupy, by razem przypominać cudem odnalezione kompozycje zapomnianego kompozytora.
Muzycy skupili się na wykonaniu tylko tego materiału, w interpretacji Mitch&Mitch brzmiał on co najmniej eklektycznie: death metal zazębiał się z folkiem ze Wschodu, melodyjny rock&roll ustąpił nieco miejsca poważniejszemu podejściu do wykonywanej muzyki. A przynajmniej takie mógł sprawiać wrażenie, szczególnie dla ultrafanów „Luv yer country” i „12 catchy tunes (we wish we had composed) ” - w Katowicach nie usłyszeliśmy żadnego nagrania z dwóch pierwszych płyt zespołu pochodzącego z Mitch Kingdom.

Przez cały czas trwania koncertu wokalistą był Krutogolov. Materiał jest znacznie mniej przystępny i zabawny, a raczej - jest zabawny, ale na poziomie czysto muzycznym. Mitche nadal żonglują stylami z wielką klasą i swadą, nadal podążają swoją awangardową ścieżką. Przez (zapewne czasową) rezygnację z wykonywania na żywo hitów pokroju „Oh yeah”, „I'm 30”, „I'm Lonely”, „I'm Horny” czy „Karate porn”o mogą stracić część fanów, którzy słuchali ich muzyki na pierwszym poziomie wtajemniczenia.
Wydaje się, że dopiero teraz osiągnęli dojrzałą autonomię artystyczną, domagają się poważniejszego traktowania (oczywiście na tyle, na ile to możliwe przy projekcie tego rodzaju), w tym metamuzyczno-zappowskim koncepcie jest coraz mniej sztubackich żartów i więcej poważnej muzyki. Wartość artystyczna wzrasta, choć poczucie humoru nie ulotniło się całkowicie - jest tylko bardziej zawoalowane. 

Zaraz po nich na scenie, a raczej wśród publiczności, zameldowało się trio Monotonix. Na kocu na środku sali zamontowali zestaw perkusyjny, wokalista zabezpieczył kable i wtyczki mikrofonów taśmą izolacyjną, gitarzysta wyszedł na sam środek z niezwykle długim kablem podpiętym do wzmacniacza, by rozpocząć około półtorej godzinne show.
Całość rozpoczęła się od mocnego uderzenia w struny i perkusję, a wokalista wybiegł na środek z krzykiem, rozlewając wokół litry wody z przygotowanych wcześniej butelek - perkusista rozbryzgujący wodę silnymi uderzeniami w werbel to niezapomniany widok, podobnie jak wiele innych fragmentów koncertu. Levi "Ha Haziz" (Yomtov) Elvis biegał od jednego końca sali na drugi, wspinał się na ustawione pod ścianą stoły, wrzeszczał poszczególnym uczestnikom koncertu prosto w twarz, krążył wśród publiczności. Niestety, ochrona nie pozwoliła zespołowi zamontować perkusji na barze, co z zawodem w głosie (i specyficznym akcentem) oznajmił zebranym: „We can't do we want. I'm not gonna fight with owners of this place, but just to let you know - we can't do all that we want. ”

Mimo to, reszta koncertu była naznaczona szaleństwem. Kubeł na śmieci na głowie Bonanza the Cat, Levi Elvis wygrywający plemienne rytmy na bębnach trzymanych przez publiczność, szalejący i hałasujący gitarą Moshe Vegas - Monotonix odwołuje się do archetypów rock&rolla i choć muzycznie nie odkrywa Ameryki, ich kontakt ze słuchaczami jest czymś niespotykanym w skali światowej. Rzadko zdarza się dziś, by zespół wchodził w aż taką interakcję z odbiorcami muzyki. Warto wybrać się na ich koncert, by przekonać się, że w dobie występów on-line, tego rodzaju kontakt z twórcą nadal jest możliwy.

Off Festival utrzymuje wysoki poziom prezentowanych artystów, co udowodniły tegoroczne edycje: pełnowymiarowa letnia i klubowo-zimowa. Koncerty w klubie Cogitatur, podobnie jak w wypadku festiwalu Ars Cameralis, nastrajają pozytywnie i zwiększają apetyty na edycję a.d. 2010. Miejmy nadzieję, że Artur Rojek i organizatorzy nie zawiodą nas w przyszłym roku.

[zdjęcia: Łukasz Folda]

 [fot. Łukasz Folda]
Monotonix [fot. Łukasz Folda]
Monotonix [fot. Łukasz Folda]
Monotonix [fot. Łukasz Folda]
Monotonix [fot. Łukasz Folda]
Monotonix [fot. Łukasz Folda]
Monotonix [fot. Łukasz Folda]
Mitch&Mitch with Igor Krutogolov [fot. Łukasz FOlda]
Mitch&Mitch with Igor Krutogolov [fot. Łukasz Folda]
Mitch&Mitch with Igor Krutogolov [fot. Łukasz Folda]
Mitch&Mitch with Igor Krutogolov [fot. Łukasz Folda]
Mitch&Mitch with Igor Krutogolov [fot. Łukasz Folda]
Mitch&Mitch with Igor Krutogolov [fot. Łukasz Folda]
Mitch&Mitch with Igor Krutogolov [fot. Łukasz Folda]
Bajzel [fot. Łukasz Folda]
Bajzel [fot. Łukasz Folda]
Bajzel [fot. Łukasz Folda]
Bajzel [fot. Łukasz Folda]