polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

10 years of ATP
minehead | 11-13.12.2009

Pomysł festiwali odbywających się w grudniu jest tak ryzykowny, że obronić może się tylko wyjątkową koncepcją i treścią muzyczną. Jednak All Tomorrow Parties, czyli ATP, nowatorskich pomysłów nigdy nie brakowało – od festiwali pod kuratelą zapraszanych przez ATP artystów, tworzących skład danej imprezy, przez cykl koncertów „Don’t Look Back”, których bohaterowie wykonują w całości album kluczowy dla własnej kariery, po działalność wydawniczą. W tym roku coraz szerszy festiwalowy katalog ATP – dwa majowe i jeden grudniowy festiwal w Anglii, scena na Primavera Sound, wrześniowa impreza w Nowym Jorku, styczniowe festiwale w Australii – poszerzył się o wydarzenie specjalne. 10 Years of ATP zgromadziło bowiem artystów, którzy w przeszłości byli kuratorami własnych festiwali, związani są z ATP jako wytwórnią, albo po prostu zagrali na akcjach ATP już tak wiele razy, że ich nieobecność  byłaby wręcz rażąca.

Owocem tej idei był niezwykły festiwal z naciskiem na muzykę gitarową, na którym w przeciągu trzech dni wystąpiło ponad trzydzieści kilka zespołów  – niby niewiele, może i bez „wielkich gwiazd” (My Bloody Valentine i Sonic Youth zagrały tydzień wcześniej na Nightmare Before Christmas), ale na niesłychanie wysokim i równym poziomie. Ponieważ nie sposób wręcz wyłuskać spośród wrażeń tych najsilniejszych, przyjrzyjmy się imprezie dzień po dniu.

Piątek był dniem otwarcia, mniej spektakularnym niż dwa kolejne. Przez trudności transportowo-logistyczne nie zdążyliśmy na występy Alexandra Tuckera & the Decomposed Orchestra, Bardo Pond oraz Growing, więc koncertem otwarcia był Stephen Malkmus & the Jicks na największej scenie Pavillion. Przy całej sympatii, nuda. Może Pavement wiosną będzie lepszy. Po nim na Centre Stage, gdzie odbywało się najwięcej koncertów, zagrał J Mascis & the Fog. Klasa. Kolejnym wydarzeniem na głównej scenie było Yeah Yeah Yeahs, którzy mieli zagrać w całości swój debiut „Fever to Tell”, a później zająć się nowym materiałem. Zaczęli spóźnieni o prawie pół godziny i mocno wstawieni, a choć szoł Karen O robiło wrażenie, przekonałem się, że YYY jednak do mnie nie trafiają.
Na Mum zajrzałem by utwierdzić się, że ten zespół się już skończył i prędko przeniosłem się na Six Organs of Admittance, jedyny tego dnia koncert w kameralnej sali Reds. Jako kwartet zagrali psychodeliczny, elektryczny, gitarowy koncert. Bardzo porządnie, choć trochę zabrakło mi stonowanych, akustycznych odcieni muzyki Bena Chasny. Potem Fuck Buttons na Centre Stage zgromadziło tłumy, mi zaś po raz któryś zdali się lekko podrasowanym play-backiem.
Wydarzeniem dnia stał się więc bezapelacyjnie zamykający go koncert Tortoise. Genialne, pojemne i wyraziste brzmienie, swoboda wykonawcza i set, w którym obok nowego materiału usłyszeliśmy sporo z „Millions Now Living Will Never Die” (co, jak się okazało, wynikało z braku akustycznego wibrafonu) i niezniszczalne Seneca na koniec – dobrze, że nic już nie grało tego dnia po Tortoise.

Sobota rozpoczęła się już o 13.30 koncertem Papa M. David Pajo z dwoma gitarzystami zagrali fragmenty pamiętnej płyty „Live from a Shark Cage”. Szkoda, że tylko fragmenty. Na Pavillion jako pierwsze wystąpił duet Afrirampo, Japonki zagrały widowiskowo, ale do Deerhoof i Lightning Bolt im daleko, a na mniejszej scenie wypadłyby chyba lepiej. Za to zaskakująco dobrze na wielkiej scenie odnaleźli się Dirty Three. Ich muzyka nabrała na żywo energii, desperacji – widać, że panowie czują się na festach ATP jak w domu. Na Centre Stage w międzyczasie pierwszy z dwóch koncertów zagrał Shellac, a potem pojawił się Porn z J Mascisem i Dave’m Currenem, basistą Unsane w składzie.
Wtedy jednak na Pavillion zaczynali Battles i ich koncert wzbudził chyba najbardziej zróżnicowane opinie. W trakcie 75-minutowego występu usłyszeliśmy ledwie trzy przeboje z „Mirrored” i mnóstwo nowego materiału, jeszcze ewidentnie niedotartego, ale już rokującego. Może mam do nich słabość, może akceptuję ich metodę totalnie rozplanowanego grania live – w każdym razie, moim zdaniem dali świetny koncert. Nie żałuję, że odpuściłem Melvins na Centre.
Tam jednak wybraliśmy się na Modest Mouse. Ci specjalnie na ten koncert i mieli wielkiego pecha, gdyż chory Isaac Brock niemal stracił głos. Jednak Modest Mouse zagrali i choć wokalista śpiewał nawet nie na pół gwizdka, przekrojowy set zapewnił pierwszorzędny, choć specyficzny koncert. Respekt. Kolejnym koncertem był BEAK> na Reds, motoryczny, krautrockowy projekt poboczny Geoffa Barrowa z Portishead. Jeśli przyjmie się surowy pomysł kompozycyjny i brzmieniowy tego trio na perkusję, gitarę i klawisze, słucha się ich całkiem dobrze.
Wyszliśmy jednak kwadrans przed końcem, by zobaczyć w całości The For Carnation. Była to może i najbardziej nieprawdopodobna reaktywacja tego roku, która mogła zdarzyć się tylko na festiwalu ATP. Niestety koncert rozczarował, choć brzmienie grupy było perfekcyjne. Jednak zespół był jakby nieobecny na scenie, właściwie dopiero w finale koncertu naprawdę zagrał przekonywująco. Przeplatanie utworów z kultowej, posępnej płyty „The For Carnation”, pogodnymi, alt-countrowymi kawałkami rozmywało nastrój. Szkoda. Po nich Sunn0))) zagrali na podstawie swego debiutanckiego wydawnictwa „Grimmrobe Demmos”. Wołałem jednak poczekać na ich koncert do następnego dnia, kiedy grali materiał z najnowszej płyty „Monoliths & Dimensions”.

Niedzielę otworzył Shellac na Centre Stage. Zmęczenie sobotą przejawiał zwłaszcza Bob Weston, przy otwierającym koncert The End of Radio Todd Trainer wtargnął na scenę z werblem od frontstejdżu, Steve Albini ponarzekał na brak partnerów do pokera i zbyt głośno spółkujących sąsiadów… A koncert dali genialny, jak zawsze. Shellac grają rzadko, ale nie pozostawiają słuchaczom wątpliwości.
Podobnie jak Deerhoof, którzy grają sporo i swój niebywale wyśrubowany poziom utrzymują. Kosmiczna energia, ostre brzmienie, niebywała sceniczna prezencja. Deerhoof na żywo potrafi zastąpić zagrać linie wokalu gitarą, a utwór nic nie traci na atrakcyjności. Urodzinowo zrobiło się, gdy zagrali specjalnie na ten fest przygotowany kower Velvet Underground „All Tomorrow's Parties”.
Po Deerhoof niemal każdy zespół wypada blado, ale Mudhoney mogli obronić się podróżą sentymentalną. Zaczęli od nowego materiału, potem wzięli się za starocie – paradoksalnie, jako jedyni prezentowali na ATP rejon, z który najmocniej przecież zarysował się w gitarowym pejzażu lat 90-tych. Z tym, że ATP ten pejzaż postrzega na swój sposób…
Z Mudhoney przenieśliśmy się w połowie na Pavillion, gdzie grali Explosions In the Sky. Trochę się panowie starzeją i sceniczna ekstaza w ich wydaniu zdaje się mniejsza niż lat temu kilka. Pozostałem obojętny na ich występ.
Do rangi wydarzenia festiwalu urósł jednak następny koncert – Sunn0))) jako kwartet  wiolonczelą i wokalistą Attilą Csiharem zaprezentowali materiał z nowej płyty. Piosenkowy, jak na nich. Przez trzy kwadranse wykuwanie dźwięku i posępne monodeklamacje budowały aurę z pietyzmem, jednak to co stało się w kolejnej półgodzinie przerosło najśmielsze oczekiwania. Jeśli komukolwiek zdawało się kiedyś, że Sunn0))) odprawiają na koncertach swoistą mszę, to tym razem faktycznie coś było na rzeczy. Dzwony, maski, światła i nawarstwiający się dron stworzyły absolutnie niepowtarzalne widowisko. Ekstremalny, wspaniały koncert, który zaskoczył chyba wszystkich widzów.
Dłuższa przerwa była więc konieczna i tym sposobem przepadło Sleepy Sun i Apse. Wieczorem na Centre zagrała jedna z niewielu słabo znanych grup na festiwalu, Glassrock (wcześniej Tall Firs).
Jednak wydarzeniem wieczoru był koncert Lightning Bolt w Reds, na który kolejka ustawiła się już pół godziny wcześniej. W wypełnionej po brzegi sali dwóch Lightning Bolt zagrali (na scenie) nieprawdopodobny koncert. Widziałem ich już wcześniej i nie spodziewałem się, że ich koncert zaskoczy mnie tempem, energią, kawalkadą basowo-perkusyjnej nawałnicy. Chyba zagrali koncert życia i byłem jednym z nielicznych, którzy z ciężkim sercem wyszli w połowie na Polvo. Przegapiłem więc bis, na którym Lightning Bolt zagrali razem z Afrirampo.
Polvo, dla niestety mało licznej publiczności, zagrali jednak wspaniały koncert, w którym znalazło się nawet więcej starego materiału niż nowych kawałków. Charakterystyczne brzmienie oraz proporcja między melodią a gitarowym odjazdem i sceniczna swoboda potwierdziły, że reaktywacja Polvo jest ze wszechmiar właściwa. Tym sposobem niesamowity festiwal zwieńczył wspaniały koncert grupy, która przerwała dziesięcioletni niebyt właśnie dlatego, że została zaproszona na jeden z festiwali ATP w 2008 roku.

Festiwale ATP z reguły są wyjątkowe, choćby za sprawą specyficznego Butlins Holidays Resort, położonego tuż przy kamienistej plaży w zachodniej Anglii, oraz kameralnej atmosfery. 10 Years of ATP okazało się jednak szczególnym nawet na tym tle, zbierając publiczność z całego świata, dla której festiwal bez „gwiazd”, ale o wyrazistym obliczu stanowił piękne zamknięcie muzycznego roku. Pozostaje życzyć równie owocnych kolejnych dziesięciu lat i korzystać z tego, że offowa oficyna stała się tak potężną maszyną, bez wstydliwych kompromisów na polu artystycznym.

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Tortoise [fot. Piotr Lewandowski]
Tortoise [fot. Piotr Lewandowski]
Tortoise [fot. Piotr Lewandowski]
Tortoise [fot. Piotr Lewandowski]
Tortoise [fot. Piotr Lewandowski]
Tortoise [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Battles [fot. Piotr Lewandowski]
Lightning Bolt [fot. Piotr Lewandowski]
Lightning Bolt [fot. Piotr Lewandowski]
Lightning Bolt [fot. Piotr Lewandowski]
Dirty Three [fot. Piotr Lewandowski]
Dirty Three [fot. Piotr Lewandowski]
Dirty Three [fot. Piotr Lewandowski]
Deerhoof [fot. Piotr Lewandowski]
Deerhoof [fot. Piotr Lewandowski]
Deerhoof [fot. Piotr Lewandowski]
Deerhoof [fot. Piotr Lewandowski]
Deerhoof [fot. Piotr Lewandowski]
Deerhoof [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Modest Mouse [fot. Piotr Lewandowski]
Modest Mouse [fot. Piotr Lewandowski]
Polvo [fot. Piotr Lewandowski]
Polvo [fot. Piotr Lewandowski]
Polvo [fot. Piotr Lewandowski]
Polvo [fot. Piotr Lewandowski]
Sunn0))) [fot. Piotr Lewandowski]
Sunn0))) [fot. Piotr Lewandowski]
Sunn0))) [fot. Piotr Lewandowski]
Sunn0))) [fot. Piotr Lewandowski]
Sunn0))) [fot. Piotr Lewandowski]
Papa M [fot. Piotr Lewandowski]
The For Carnation [fot. Piotr Lewandowski]
The For Carnation [fot. Piotr Lewandowski]
The For Carnation [fot. Piotr Lewandowski]
Beak> [fot. Piotr Lewandowski]
Beak> [fot. Piotr Lewandowski]
Beak> [fot. Piotr Lewandowski]
Mudhoney [fot. Piotr Lewandowski]
Mudhoney [fot. Piotr Lewandowski]
Mudhoney [fot. Piotr Lewandowski]
Explosions in the Sky [fot. Piotr Lewandowski]
Explosions in the Sky [fot. Piotr Lewandowski]
Explosions in the Sky [fot. Piotr Lewandowski]
J Mascis & the Fog [fot. Piotr Lewandowski]
J Mascis & the Fog [fot. Piotr Lewandowski]
Stephen Malkmus & the Jicks [fot. Piotr Lewandowski]
Stephen Malkmus & the Jicks [fot. Piotr Lewandowski]
Afrirampo [fot. Piotr Lewandowski]
Afrirampo [fot. Piotr Lewandowski]
Porn [fot. Piotr Lewandowski]
Porn [fot. Piotr Lewandowski]
Porn [fot. Piotr Lewandowski]
Six Organs of Admittance [fot. Piotr Lewandowski]
Six Organs of Admittance [fot. Piotr Lewandowski]
Six Organs of Admittance [fot. Piotr Lewandowski]
Yeah Yeah Yeahs [fot. Piotr Lewandowski]
Yeah Yeah Yeahs [fot. Piotr Lewandowski]
Yeah Yeah Yeahs [fot. Piotr Lewandowski]
Yeah Yeah Yeahs [fot. Piotr Lewandowski]
Glassrock [fot. Piotr Lewandowski]
Glassrock [fot. Piotr Lewandowski]
Mum [fot. Piotr Lewandowski]
10 Years of ATP [fot. Piotr Lewandowski]