polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
HELLBASTARD Eco War

HELLBASTARD
Eco War

Pamiętam ten zespół z zamierzchłych czasów, kiedy rynkiem muzycznym w Polsce zawładnęli samozwańczy wydawcy. Wtedy ukazywało się dosłownie wszystko, oczywiście w wersji bez jakichkolwiek licencji. Wtedy też rzuciła mi się w oczy kaseta z liściem na okładce. Wiedziałem tylko tyle, iż wypuściła ich brytyjska Earache. W tamtych latach można było właściwie brać ich cały katalog w ciemno. Hellbastard okazał się trochę za lekki jak na ówczesne standardy kreowane przez Bolt Thrower i Napalm Death, przez co szybko umknął on mojej uwadze. Po prawie dwóch dekadach Hellbastard pojawił się ponownie w moim odtwarzaczu. Tym razem już nie w postaci szeleszczącej kasety, ale w kompaktowej formie. „Eco War” to zaledwie minialbum, choć grupa wydała także pełny krążek, ale o tamtym wydawnictwie w recenzji obok.

 

Dziwna to płyta. Z jednej strony to niezwykle nośna i doskonale zrealizowana muzyka. Z drugiej zaś wydaje się zbiorem trochę oderwanych od siebie utworów. Nie wiem po co wciśnięto tu przeróbkę „Die By The Sword” Slayera. Chyba nigdy nie zrozumiem „fenomenu” kowerowania Amerykanów. „Massacre” - już tytuł sugeruje, że nie będzie litości. Thrash szybki i kąśliwy, z przekąsem zahaczający o punkowe korzenie. W „Woe, The People” robi się stonerowo. Grupa znakomicie czuje się w tych rejonach, a groove jaki udaje im się uzyskać powoduje niekłamaną radość.  „Sea Shepherd” przynosi dawkę urozmaiconego thrashu wyjętego z lat 80., z wyraźnie podkreśloną partią bębnów. Końcówka to już wygłupy w „Kick The Geordie”, zupełnie niepotrzebne. Taka to już uroda minialbumów. Raz ocieramy się o bardzo udane kompozycje, innym razem obcujemy z wypełniaczami. „Eco War” tego schematu nie podważa, choć właściwie to jest na czym ucho zawiesić.

[Marc!n Ratyński]