polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Yo La Tengo Popular Songs

Yo La Tengo
Popular Songs

Recenzji opartych na porównaniach pisać nie wypada, zresztą nie są one pozytywnie odbierane przez czytelników. Pewnie, przecież wszystko już było i trudno słuchacza zainteresować, a co dopiero zaskoczyć. Jednak w przypadku najnowszego albumu amerykańskiej grupy Yo La Tengo nie sposób tego drażniącego schematu uniknąć, sorry. Każdy z utworów zawartych na płycie zatytułowanej przekornie „Popular Songs” brzmi boleśnie znajomo – w głowie kotłują się asocjacje ze Stereolab, Velvet Underground, My Bloody Valentine, Sonic Youth na zmianę z Belle & Sebastian czy Kings of Convenience. Tym sposobem zaraz po przesłuchaniu, a może nawet w jego trakcie, dopada nas „muzyczny kac” w postaci nieznośnego deja-vu.

„Popular Songs” to nie żadne „grejtesthits” czy „debestof”, choć trio z Hoboken ma w swoim 25–letnim dorobku taką liczbę utworów, że bez trudu poradziłoby sobie z wyborem tych najbardziej przebojowych. Miast tego wyeksploatowanego zabiegu sztucznego przedłużania dyskografii, Georgia Hubley, Ira Kaplan i James McNew nagrali płytę składającą się z 12 zupełnie nowych kompozycji.

Tuż po wciśnięciu pstryczka play robi się duszno, jakby ktoś w biurze bezczelnie podkręcił klimatyzację. Bo oto przebojowy opener „Here To Fall” poczyna wdzierać się w kanaliki słuchowe perfekcyjnym zestrojeniem wszystkich instrumentów, rozognioną grą smyków i wyciszonym wokalem, który nie waży się wychylać poza tło utworu. Zamyka go kilkusekundowy urzekający finał, który roznieca mój apetyt na więcej. A co otrzymuję?

Parę przyjemnych, nie zawadzających, ale i nie wzbudzających większych emocji, rzetelnie zagranych numerów („Avalon or Someone Very Similar”, „If It’s True”, „I’m on My Way” czy „All Your Secrets”). Na krążku odnaleźć można także gros gitarowych subtelności („When It’s Dark”, „The Fireside”, „More Stars Than There Are in Heaven”) czy ździebko energetyzującego rockandrolla (“Nothing To Hide”). Starczyło miejsca dla kilku perełek: „Periodically Double or Triple”, jakby żywcem wyjętego ze ścieżki dźwiękowej do „Broken Flowers” Jarmuscha czy rozbrajająco melancholijnej kompozycji „By Two’s”. W sennych, jednostajnych pomrukach syntezatora i leniwych szeptach Georgii rozpływam się jak masło, po cichutku. Zdecydowany numer 1 tego albumu.

Jeśli macie „szczęście” mieszkać w samym sercu arterii komunikacyjnej, otwórzcie okno na całą szerokość. Niech „Popular Songs” stopią się z odgłosami miasta: zgrzytem tramwajów, pojękiwaniem autobusów, pulsującym światłem latarni. Może to właśnie odrobiny świeżego powietrza zabrakło na 12-tej płycie Yo La Tengo...

[Dominika Kujawka]