polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
King Cannibal Let The Night Roar

King Cannibal
Let The Night Roar

Trudno oprzeć się wrażeniu, że od jakiegoś czasu Ninja Tune wydaje rzeczy przypadkowe. Wśród ostatnich numerów w katalogu wytwórni  odnajdziemy zarówno akustyczne piosenki Finka, jak i zbasowane electro-ragga Ghislaina Poiriera. Tym drugim – jak się wydaje – wytwórnia starała się wskoczyć na wznoszącą się falę muzyki z akcentem na bas. To oczywiście tylko mniemania, ale obserwując output wydawnictwa, które do niedawna miało jeszcze określone brzmienie, można mieć kłopot z oparciem się tego rodzaju konstatacjom. Zwłaszcza, że po dobrze przyjętym albumie „No Ground Under” Poiriera NT wydało „London Zoo” Kevina Martina alias The Bug. W tym samym okresie dziennikarze próbowali wykreować kolejną etykietkę - „lazer bass”. Nieważne przypadkiem czy nie, ale płyty te doskonale wpisywały się w ramy „nowego” gatunku. A włodarze wydawnictwa niewątpliwie ciągle trzymają rękę na pulsie. Pięć lat temu ich uwagę zwrócił uwagę mixtape „One Food In The Fire, One Foot In The Air” autorstwa Dylana Richardsa posługującego się pseudonimem ZILLA. Teraz dostajemy jego debiutancki album – tym razem jako King Cannibal.

„Let The Night Roar” to krążek, który wpisuje się w krąg muzyki opartej przede wszystkim o fale niskich częstotliwości – można go postawić tuż obok „London Zoo” czy „No Ground Under”. Rzecz w stylu „In Bass We Trust”. Tyleż jednak miażdżąca, co nierówna. Momentami interesująca, ale w wielu miejscach też wtórna. Sporo tutaj drum'n'bassowych naleciałości – breaków, które słyszeliśmy już wiele razy. Masywnych, ciężkich, ale – jakby nie było – ogranych. A z drugiej strony mamy utwory, które zdecydowanie przyciągają ucho – otwierający płytę zbasowany, szeleszczący ambient albo „So Embrace The One” - subtelny, minimalistyczny dubstep w stylu 2562.

Jednak Richards najlepiej wypada jako producent zmutowanego dancehallu w rodzaju tego preparowanego przez Martina. Utwory takie jak „Murder” czy „Dirt” mogą konkurować z takimi kawałkami jak „Poison Dart” czy „World War III” The Buga. Mają wszystko co potrzeba, żeby roznieść w drobny mak każdy dancefloor – wibrujące basowe sinusoidy, masywne, metaliczne bity  i zadziorne nawijki. To samo dotyczy się „Virgo”  ze szczekającą po francusku toasterką. Dla tych momentów warto posłuchać tej płyty - sprawiają, że nawet mielizny albumu wydają się do przebrnięcia. Silne basowe fale.

 

[Michał Nierobisz ]