polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Incubate Festival 2009
Tilburg | 13-20.09.2009

Incubate: W siedem dni dookoła undergroundu

Jeśli Niderlandy, to tulipany i wiatraki. To Amsterdam – Sodoma i Gomora współczesnej Europy. Albo Rotterdam – największy europejski port. Ewentualnie Eindhoven – miejsce, gdzie narodziła firma, która dała nam kasetę magnetofonową i kompakt. A Tilburg? To leżące nieopodal miasto, w którym do szkoły chodził Vincent Van Gogh. Wszystko wskazuje na to, że ma się szanse stać kolejnym istotnym punktem na muzycznej mapie świata. I bynajmniej nie dlatego, że wykluwa się tam nowa technologia.

Independent culture
Ten niegdysiejszy ośrodek przemysłu włókienniczego w istocie staje się inkubatorem. Ale nie technologii. Czego? Młodej, niezależnej sztuki. Twórcze idee kiełkują w niewielkich galeriach rozsianych po tym dwustu tysięcznym mieście, centrach pracy twórczej takich jak Hall Of Fame czy NS16, w klubach oraz łonie artystycznej uczelni Fonty's. To gdzieś tam wykluła się idea festiwalu prezentującego niezależne oblicze sztuki – tworzonej zarówno przez artystów uznanych, jak i tych, którzy możliwe, że takimi się staną. Impreza wystartowała pięć lat temu i była przede wszystkim festiwalem muzycznym. Line up obejmował 48 artystów, występujących w siedmiu miejscach; byli wśród nich Pole, Static, Sickboy, Rise and Fall. Rok później pod szyldem ZXZW koncertów było prawie dwa razy tyle i odbyły się w jedenastu miejscach. W roku 2007 program obejmował występy 150 artystów, a także wystawy i pokazy filmów – jako gwiazda zagrała kultowa formacja Psychic TV. W ubiegłym roku roku gościem specjalnym imprezy był legendarny jazzowy skład Sun Ra Arkestra, a festiwal zamknął świetny koncert pionierów post punka i brytyjskiej nowej fali – The Wire. Po zeszłorocznej edycji mieszkańcy Tilburga uznali festiwal za najważniejszą imprezę w ich mieście, a stojąca za nią garstka entuzjastów przystąpiła do realizacji kolejnej odsłony cyklu - tym razem jako Incubate. Nazwa została zmieniona na prośbę organizatorów SXSW w Stanach, ale doskonale oddaje rozwijającą się formułę wydarzenia, które odbywa się pod hasłem - „independent culture”.

Too many artists for this poster
Pierwszy rzut okiem na line up i od razu widać, że organizatorzy kładą jeszcze większy akcent na sztukę w ogóle: jako gwiazdę festiwalu prezentują Hermanna Nitscha, jedną z ważniejszych figur Akcjonizmu Wiedeńskiego. Wystawy jego twórczości, wykłady oraz performance są centralnymi wydarzeniami eventu. Obok Nitscha mamy równie (nie)sławnego Costesa – ni to muzyka, ni performera, którego twórczość także stoi pod znakiem deptania wątłych szczątków tabu. Są także pokazy filmowe, wśród których obiecująco wyglądają zwłaszcza projekcje „Good Copy, Bad Copy” oraz „Dub Echoes”. A to ledwie czubek góry lodowej. Jeden z plakatów reklamujących imprezę jest biały – ma tylko napis: „Too many artists for this poster”. Coś w tym jest – nazwisk i nazw na liście jest ponad dwieście; można dostać zawrotu głowy. Wśród nich wyróżniają się takie jak: Jandek, The Damned, czy Mad Professor. W ogóle sporo jest setów z akcentem na bas, który zdecydowanie wyparł breakcore'owe przestery, określające w znacznej mierze program w dwóch ostatnich latach. Shackleton, Bass Clef, Mark Ernestus w duecie z Tikimanem, Filastine, Cooly G występują pod chwytliwą etykietką „Generation Bass”. Poza tym jest Tujiko Noriko, Hauschka, Altaar, Ashtray Navigations i wielu innych, raczej mniej niż bardziej znanych wykonawców. A wszystko to na przestrzeni tygodnia, z kulminacją w przedostatni weekend września.

Świadectwo miejsca i czasu - dobra mina do złej gry
Pierwszy dzień zaczynam od wystawy Hermanna Nitscha w bibliotece miejskiej – organizatorzy sugerują, że nie można przegapić. Sprawdźmy. Trzy, cztery zdjęcia, dokumentujące jego akcje sprzed blisko czterech dekad plus kilka plansz: życiorys i słów parę o twórczości. Niewiele. W kącie zauważam telewizor z odtwarzaczem DVD. Włączam: film dokumentuje performance Nitscha z 1971 roku. Centralną figurą w nim jest zarżnięte, wypatroszone ciele – rozpinane na krzyżu, oblewane swoją własną krwią przez artystę, któremu asystuje kilka ubranych na biało osób. Obraz trwa pół godziny, spływa po mnie jak jucha po martwym cielaku. „Piła” robi zdecydowanie większe wrażenie. Ale nie ulega wątpliwości, że tego rodzaju happeningi przyczyniły się do luzowania kagańca paternalistycznej kultury ściskającej austriackie społeczeństwo trzy dekady temu. Cóż, świadectwo miejsca i czasu – tylko tyle, jak dla mnie.

Zbliżają się pierwsze koncerty. Interesują mnie dwa: Hauschka i Spectre feat. Sensational. Mają się odbyć równolegle w różnych miejscach - tak, trudna sztuka wyboru kłania się po raz kolejny. Albo nowoczesna kameralistyka albo masywny, zbasowany hip hop? Pada na Spectre.
Kiedy docieram na miejsce, trwa jeszcze soundcheck – według programu powinna mieć miejsce rozgrzewka: występ lokalnego rapera o ksywce Tike. A tu nie dość, że pusto, to jeszcze kłopoty ze sprzętem. Słabo to widzę. Duet Spectre-Sensational tym bardziej; głośniki popierdują jak w starym Kasprzaku, a monitory odmawiają posłuszeństwa. Obsługa techniczna robi, co może. W końcu okazuje się, że wystarczyło zmienić jeden kabel. Koncert zaczyna się z ponad godzinnym poślizgiem. Na scenę wskakuje dwóch łebków – lat kilkanaście; pod sceną ich znajomi – telefony komórkowe idą w ruch, a chłopcy mają swoje 15 minut. Wypada to raczej przeciętnie, a może nawet ciut gorzej: sztampowe bity, sztampowe teksty, do rozszyfrowania których wystarcza zaledwie powierzchowna znajomość niderlandzkiego. Ale przecież nie od razu Kraków zbudowano; nie każdy nastoletni artysta może być geniuszem w rodzaju Buriala.
Numer dwa na scenie – Mentol Nomad z Nowego Jorku, ponoć tworzy od późnych lat 90. Trudno oprzeć się wrażeniu, że chyba gdzieś w tym okresie się zawiesił. Zamaskowany iście nomadyczną chustą podaje ciężkie metaliczne bity. Brzmi trochę jak Scorn, problem w tym, że w nieskończoność buduje atmosferę: rozciąga metaliczne, chropawe tła, tak że mija dobre 15 minut (jeśli nie 20) zanim uderza jakikolwiek konkretny bit. Generalnie nudzi. I to nie tylko mnie. Przeciąga swój set, a nieliczna publika stopniowo coraz bardziej się wykrusza; nie pomagają nawet projekcje oryginalnego kung fu z Tajwanu albo Hong Kongu – nie dziwne: pomysł wyszukany jak muzyka. W końcu za deckami staje Skiz Fernando alias Spectre (aka Ill Saint). I nie rozczarowuje. Bity są masywe, basy tłuste – też mroczne, ale jednak dużo bardziej dynamiczne. Podobnie jak nawijki Sensationala, który po dłuższej chwili dołącza do didżeja – mimo że sala świeci pustkami nie zasypia gruszek w popiele. Albo robi dobrą minę do złej gry?

Marynarska tawerna w jazzowym klubie, akustyczny shoegazer i stary Satyr
Następnego dnia decyduje się zacząć w jazzowym lokalu Paradox - tam, gdzie poprzedniego dnia występował Hauschka. Na afiszu: Tom Bugs, który przy pomocy elektroniki własnej roboty gra noise; dalej – Silver Pyre, używający akordeonu na tle chropawych cyfrowych tekstur; na koniec Gravenhurst opisany tagiem „shoegaze”. Pierwszy set zaczyna się o 20.00. Postanawiam, że wbije na koniec – koleś pewnie będzie dopiero zaczynał, zakładam. Mylnie - tym razem wszystko jest na czas. Wchodzę, kiedy rozlegają się brawa – gość schodzi ze sceny. Mogę tylko popatrzeć na jego handmade-generator: mnóstwo gniazdek i wtyków stłoczonych na powierzchni niewielkiej skrzynki, przypominającej case dj'a. Wypytuję świadków naocznych – mówią, że były wszelkiej maści przesterowane terkotania i popierdywania. Czyżby Bugs to noise'wy Daedelus? Raczej daleko idąca hipoteza. Przekonuję się za to, że Bugs jest też niezłym perkusistą – sekunduje Gary Fawlesowi, występującemu jako Silver Pyre. Ich koncert jest krótki, ale treściwy – ujmujący atmosferą melancholijnej przyśpiewki rodem z marynarskiej tawerny gdzieś w bliżej nieokreślonym porcie. Klimat jak u Matta Elliota, tylko w zdecydowanie cyfrowym outficie. Urzeka i hipnotyzuje – publiczność słucha jak zaczarowana. Klub jest w znacznej mierze wypełniony – aż trudno uwierzyć, że wszyscy ci ludzie przyszli tu w środku tygodnia zobaczyć tą dwójkę. Raczej zjawili się dla Nicka Talbota, stojącego za nazwą Gravenhurst – album projektu wydał Warp, choć jego muzyka niewiele ma wspólnego z elektroniką. Obcisłe, czarne dżinsy, czarna koszulka z napisem „shoegazer” i wystylizowana grzywka sugerują, że mamy do czynienia z jednym z tych nadwrażliwych emo-chłopczyków. I tak jest w istocie - jedynym elementem jego występu, który ma coś wspólnego z shoegaze jest napis na koszulce. Muzyka to akustyczne smęcenie. Reszta jest milczeniem. Wychodzę. Idę zobaczyć niemiecki cyrk o nazwie Bonaparte. Po drodze mijam hotel. I któż wchodzi do środka? Nikt inny, jak sam Nitsch. Wyciągam spluwę. - Można? - pytam. - A mam jakiś wybór? - odpowiada ironicznie artysta i pozuje: w jego oczach połyskują iskry starego Satyra. Strzelam; wracam na swój kurs – na koncert Bonaparte. Jak czytam, Niemcy są przebojowi, energetyczni i zabawni. Faktycznie. Wieloosobowy skład przebierańców doprowadza szczelnie wypełniony parkiet lokalu do wrzenia. Jest funky. Jest punky. Jest dancy. I nikomu nie przeszkadza, że niezbyt oryginalnie. Przecież wszystko już było...

Angielski humor, prawdziwy metal i jeden browar za daleko
W programie na środę Infinite Livez, zawodnik z Big Dada – to jedyna rzecz, która właściwie mnie interesuje. Przed Freeze Puppy - eklektyczna mikstura popu i elektroniki. To wieczorem, ale póki co, decyduje się na drugie podejście do twórczości Nitscha. Idę do De Pont – największej lokalnej galerii sztuki, gdzie można obejrzeć jego obrazy. Niegdysiejsza fabryka tekstylna oferuje rozległą przestrzeń, która doskonale spisuje się jako wnętrze świątyni sztuki współczesnej. W poszukiwaniu obrazów Nitscha, mijam stałą ekspozycję, której stołeczne CSW może pozazdrościć – Wall, Henning, Richter, Boltanski, Dumas i jeszcze parę innych znanych nazwisk. W końcu trafiam na właściwą część galerii – kilka dużych płócien, przywołujących na myśl prace Pollocka. Przynajmniej wzbudzają pewien rodzaj zainteresowania. Ale niewiele poza tym. Dużo ciekawsze są „Intimate Works” Billa Violi, prezentowane akurat w galerii. Nie tyle interesują, co pochłaniają – wyciszają i hipnotyzują. Aż do wieczora...
Tym razem znowu poślizg: młody Brytyjczyk ociąga się z wejściem na scenę, ponieważ nie dopisuje frekwencja. Również elektronika - kiedy chłopak wchodzi na scenę, odmawia posłuszeństwa. Zakłopotany, ale niezrażony zapowiada, że w takim razie zagra kilka swoich utworów tylko z gitarą. Jest w nich niewątpliwie angielski humor i dystans do otaczającej rzeczywistości – to pewnie one pozwalają mu zbyć wszystko uśmiechem. Po jego występie szykuje się sześciedziesięciominutowa pauza – na browar, na szluga. Albo nawet parę. Pzez godzinę można nieźle się zrobić – obieram kurs na lokal, gdzie gra Anaal Nathrakh. Miejscówka zaczyna być zatłoczona, kiedy do niej docieram. Wąsy, brody, czarne koszulki z logo w gotyku; średnia wieku powyżej trzydziestki – tak, prawdziwy metal nigdy nie rdzewieje. Przekonuje o tym także występ AN. Panowie jadą bez litości. Owszem – zdarza się melodyjny break niczym na płytach Slipknota, ale to tylko dowodzi wokalnych możliwości Dave' Hunta. Poza tym – zero kompromisu: ciężko, ostro i szybko.
Jest 22.30 - wracamy skąd przyszliśmy. Infinte Livez i Gold Panda ze sterami. Jeden pokrzykuje do mikrofonu, drugi miesza. Nie jest to Kanye West. Zdecydowanie. Za to koniec ostatniego kawałka. Spóźniłem się? Czy ktoś dał sobie fory? Nie wiem... Lecimy dalej - Cul De Sac, Pintandwefall. Festiwalowy katalog reklamuje je jako pokrewne Yeah Yeah Yeah, tylko bardziej dziewczęce. Czyżby kolejne Chicks On Speed? Bynajmniej. Jedyne, co łączy je z Niemkami to przebrania. Muzycznie kwartet z Helsinek stawia na rock'n'roll. Dziewczyny tryskają młodzieńczą energią i humorem, którymi zarażają publiczność. Grają bis – z pewnością ich nazwa to czysta przekora: idę o zakład, że trzeba by co najmniej kilku pint browara, żeby je powalić. Zamawiam jeszcze jedno.

Bas-puzon-theremin-hardcore
Czwartkowy wieczór rozpoczyna występ Bass Clef. Lokal znowu świeci pustkami. A szkoda. Brytyjczyk podaje pompujący dubstep, który uzupełnia wygrywanymi na żywo partiami puzonu; korzysta też z thereminu i kilku analogowych efektów. Jego muzyka stała się bardziej dynamiczna od czasu debiutanckiego albumu - czerpie raczej z brytyjskiego garage'u niż odwołuje się do dubstepowego minimalizmu. Niezmienny pozostał jednak jamajski vibe generowany przez artystę za sprawą żywych dętych wejść. Dubstep niejedno ma oblicze. Zdarza się też niezbyt oryginalne - takie prezentuje nieco później holenderska formacja Noiz Boiz; trójka nawijaczy i selektor sili się na grime'ową zadziorność. Wypada to raczej zabawnie.
Lekko znudzony, idę do kina. Grają „RIP. Remix Manifesto” - kanadyjski dokument, w którym główne role grają postaci takie jak Greg Gilis alias Girl Talk, czy Lawrence Lessig, czyli rzecz o prawach autorskich. Obraz zgrabny i chwytliwy – w swojej kategorii przekonujący, choć autorowi nie udaje uniknąć się popadania w irytującą lewoskrzydłową retorykę.
Po projekcji jeszcze jedna dawka muzyki - Mustafa Moustache z Francji. Trio w składzie: bas-gitara-wokal plus bębny z laptopa. Ich muzyka oscyluje pomiędzy hard core'm i punk rockiem, zahaczając raz to o melodyjne brzmienie z Kalifornii, raz o agresywne screamo, czy postpunkowe rzępolenie. Widać że chłopaki dobrze się bawią grając, zwłaszcza wokal. Ale publiczność już mniej. Zanosi się na koniec zabawy.

Piątek – weekendu początek
Budzę się po dwunastej. Kawa, grzanka, a potem do komputera. Na liczniku bite 15 tysięcy znaków. Czy komuś będzie się chciało prze to brnąć? Czy kogoś jeszcze interesuje jeszcze jakaś inna informacja niż ta przekazana chłodnym okiem kamery cyfrowej? Może ten permanentny stream płynących równolegle, ciągle transformowanych dźwięków i obrazów – jak sugeruje Lessig w filmie Bretta Gaylora – powoli staje się podstawowym narzędziem komunikacji, zastępuje słowo pisane? Najprawdopodobniej.
Pytanie tylko dokąd to prowadzi? Kolejne okna, witryny, strony, adresy. Warstwy, poziomy – nakładające się na siebie, przenikające, zlewające... Szum.
A sens? Znaczenie? Wedle uznania.
Noise jako estetyka bardzo często bywa interpretowany jako metafora naszych czasów. Jedną z istotniejszych postaci tego nurtu jest Lasse Marhaug z Norwegii. Razem z dwójką innych norweskich muzyków w ramach festiwalu gra set inspirowany twórczością Nitscha. Sam w sobie noise jest też w duchu akcjonistyczny – zawieszony w określonej czasoprzestrzeni wybuch hałasu. Taki też jest performance skandynawskiego trio. Rytuał dźwięku. Misterium, w którym kolejna gitara złożona zostaje na ołtarzu sztuki. Ale bynajmniej nie jest to rock'n'rollowa ekstaza a la Kurt Cobain. Raczej akt Sadyzmu (przez duże „S”) - nie bez przyczyny przy wejściu dostajemy zatyczki. Set tyleż słyszalny, co odczuwalny – wdzierający się w każdy pór ciała. Rozrywający.

Drugim występem inspirowanym twórczością legendarnego Austriaka jest show Costesa – francuskiego GG Allina. Ale czy na pewno? Czterdziestopięciominutowy spektakl zaprezentowany przez Francuza to nie tylko obscena. Artysta do wtóru muzyki z playbacku rzuca się, wije, powrzaskuje i obnaża przez trzy kwadranse. To kontrolowana schizofrenia. Z obsesyjnie powtarzanych wątków wyłania się obraz losu jednostki niczym z greckiej tragedii – całkowicie zdeterminowany. Chęć wyrwania się za wszelką cenę z matni mieszczańskich konwenansów prowadzi do szaleństwa. Nie ma ucieczki. Tylko z przedstawienia zawsze można wyjść. Większość ludzi na szczelnie wypełnionej widowni zostaje do końca. Jak zahipnotyzowanych.
Co dalej w programie? Seniorzy z The Damned. Po drodze ucho przyciąga hałas w Kafee't Buitenbeentje – w środku Pneu, duet na gitarę i perkusję, wariacja na temat twórczości Lighting Bolt made in France. Jest w tym zaangażowanie, jest energia, ale LB może być tylko jeden. Lecimy dalej. The Damned. Jest tłoczno, jest duszno – dość trudno przebić się bliżej sceny. Zresztą nie warto, jak się okazuje: wypada to jednak dość żałośnie, kiedy dojrzali panowie ciągle zajmują się tym rock'n'rollowym grzebaniem przy rozporku: kokietują publikę, zarzucają grzywkami, przyjmują buntownicze pozy. Nie ma co, idziemy dalej – 013 to olbrzymi betonowy bunkier, w którym mieszczą się trzy sale: w najmniejszej startuje Generation Bass. Gra Dj UMB z Birmingham – podaje zbasowane electro w stylu baile funk; dancefloor świeci pustkami. Dalej na afiszu – Dj Pinchado z Buenos Aires. Nieco zwalnia tempo, kładzie akcent na gorący, latynoski klimat z nutą balearic. Ludzi nie rusza to tym bardziej. Może gdzie indziej coś się dzieje. W lokalu nieopodal ma być space disco z Włoch. Tu też publika bardziej zajęta jest socjalizowaniem przy stolikach na zewnątrz. Włączam się do gry.

Niemiecka Opryszczka, angielskie walce i kultowe smęty z Teksasu
Dość wczesnym popołudniem grają „Dub Echoes” - dokument o sztuce pogłosu z Jamajki. Tego nie można przeoczyć. Wlokę się do kina. Nieco ponad godzinny film śledzi korzenie estetyki, a także pokazuje jej wpływ na brzmienie współczesnej muzyki pop. Nie można się nie zgodzić – jest ono nie do przecenienia. Wieczorem gra Mad Professor. Ale – zaintrygowany nazwą - na start wbijam na występ niemieckiej formacji Herpes; w tym samym czasie Nitsch w studio Woutera Jaspersa odstawia swoją szopkę – oblewa krwią nagą kobietę, podwiesza zarżniętego świniaka – zupełnie, jak trzydzieścikilka lat temu. Możliwe, że cechą rytuału jest jego powtarzalność. Możliwe, że cecha ta ma pozwolić na wyjście poza kontekst miejsca i czasu. Ale możliwe są też inne możliwości. Zawsze można zmienić okno, adres, forum, klub – wedle uznania. A tam? Na przykład pięcioosobowy skład aż miło łoi surowego rock'n'rolla z postpunkowym, syntetycznym pazurem. Panuje ścisk i duchota; nie ma klimatyzacji - istny „konzentrationslager”, jak rzuca żartem do gitarzysty wokal. I „ein-zwei-drei” - jazda! Tak - tak powinno się grać punk! Za to math rock w formie zaprezentowanej przez duńską formację Obstacles, występująca po Niemcach trudno strawić – technicznie, ale z bolesną emfazą w stylu emo. Zawijka – gwiazda wieczoru już zaczyna. Betonowe ściany 013 tętnią od basów jakby to była stodoła – tego się nie słyszy, to się czuje. Dużo ciekawiej wypada jednak Shackleton, który gra nieco później. Ale znów, opcje się rozwidlają: równolegle mamy jedną z rzadkich okazji zobaczyć na żywo legendarnego Jandeka – enigmatycznego Teksańczyka, który pierwszy raz pokazał się na scenie po ćwierć wieku wydawania płyt z mistycznym, pustynnym bluesem. Amerykanin daje recital solo na fortepian – w swoim nieodłącznym kapeluszu a la William Burroughs. Klub jest pełny. Panuje atmosfera pełna powagi. Taka też muzyka. Minimalistyczne funeralne etiudy – na dłuższą metę kameralistyczna nuda. Nie tylko dla mnie. Po dziesięciu minutach ciszy na widowni zaczyna się ruch – dyskretne wycieczki w stronę wyjścia. Wracamy na Shackletona. Ciekawe jak gra live? Jego krążki to raczej zbasowany, orientalny, acz bardzo oszczędny chill out niż klubowe bangery. Muzyka duszna, mroczna, oniryczna. Adekwatnie zresztą artysta (podobnie jak Burial) stworzył wokół siebie aurę tajemnicy: jest obok Jandeka drugim wykonawcą, który nie życzył sobie fotografowania podczas występu. Jego set do jest zdecydowanie taneczny. Oparty głównie o kawalkadę masywnych basów i minimalistyczne bity, rusza klub w posadach – na ścianach zaczyna perlić się pot - mimo tego można by w ten sposób spędzić całą noc. Ale co dobre, szybko się kończy – nie inaczej jest w tym przypadku.

Potencjalne możliwości, równoległe odnogi, nowe tunele
Ostatni dzień festiwalu oferuje równie szeroki wachlarz wrażeń, co poprzednie, żeby nie powiedzieć natłok - potencjalnych możliwości, możliwych sytuacji, równoległych odnóg – prawie jak w sieci. Ciągle trwają ekspozycje: „New Jacks” - prezentacja najmłodszej sztuki z Brabancji, „Z-Stock” - wystawa koncertowych afiszy. Cały czas można obejrzeć twórczość Nitscha. I oczywiście muzyka w każdym rodzaju – od punka, metalu i indie przez wszelkiej maści elektronikę po brzmienia akustyczne i improwizowane. Te ostatnie prezentuje choćby brytyjska formacja Ashtray Navigations, specjalizująca się w lotnej, hałaśliwej psychodelii. Ich wydawnictwa zawierają zwykle długie otwarte formy kreowane przy pomocy gitary i rozbudowanego zestawu efektów. Piętrzące się fale zgrzytów, połyskliwie, asymetryczne gitarowe sola – tym raczy duo osoby zgromadzone w niewielkiej Cafe Weemoed. Potem w programie Tujiko Noriko. Japonka jak zwykle popiskuje dziecinnie niby ożywiona manga do jakiś rozwlekłych, cukierkowatych rezonansów. Zdecydowanie stawiam na duet Marka Ernestusa z Tikimanen, czyli jedną trzecią ekipy, stojącej za niektórymi wydawnictwami z serii Rhythm'n'Sound. Graja na otwartym powietrzu – na dziedzińcu Akademii Sztuk Pięknych Fonty's. Mamy z dziećmi, pyszne jedzenie i reggae – kocia muzyka. Buja. Selekcja Ernestusa obejmuje zarówno podkłady odwołujące się do klasycznego brzmienia z Jamajki lat 70., jak produkcje bardziej nowoczesne – utrzymane w tanecznym klimacie; nie słychać za to nic z tego, co mogliśmy usłyszeć na krążkach R'n'S. Po godzinnym występie stery przejmuje DJ Abel. Nieliczni ludzie rozgrzani przez karaibskie wibracje idą za ciosem – impreza trwa dalej. I to nie tylko piknik. W klubach naokoło ciągle wybrzmiewa noise, hardcore, free improv... Do zobaczenia jeszcze My Awesome Mixtape, Deutsch Nepal, Oldseed, Crocus, Pierced Arrows, Die!Die!Die!, Sopa&Skin i wielu innych. I na koniec after party. A potem hibernacja – okres inkubacji w podziemiu. Za rok znowu będzie można zwiedzić jego panoramę - rozległą i wielowymiarową. Póki co, cały czas drąży się nowe tunele.

[zdjęcia: Michał Nierobisz]

ill saint feat sensational [fot. Michał Nierobisz]
mentol nomad [fot. Michał Nierobisz]
bonaparte [fot. Michał Nierobisz]
bonaparte [fot. Michał Nierobisz]
gravenhurts [fot. Michał Nierobisz]
hermann nitsch [fot. Michał Nierobisz]
silver pyre [fot. Michał Nierobisz]
tom bugs - controler [fot. Michał Nierobisz]
Anaal Nathrakh [fot. Michał Nierobisz]
Anaal Nathrakh [fot. Michał Nierobisz]
Freeze Puppy [fot. Michał Nierobisz]
pintandwefall [fot. Michał Nierobisz]
pintandwefall [fot. Michał Nierobisz]
pintandwefall [fot. Michał Nierobisz]
bass clef [fot. Michał Nierobisz]
bass clef [fot. Michał Nierobisz]
mustafa moustache [fot. Michał Nierobisz]
mustafa moustache [fot. Michał Nierobisz]
costes [fot. Michał Nierobisz]
dave vanian - the damned [fot. Michał Nierobisz]
lasse marhaug [fot. Michał Nierobisz]
pneu [fot. Michał Nierobisz]
the damned [fot. Michał Nierobisz]
dj pinchado [fot. Michał Nierobisz]
herpes [fot. Michał Nierobisz]
herpes [fot. Michał Nierobisz]
herpes [fot. Michał Nierobisz]
mad profesor [fot. Michał Nierobisz]
obstacles [fot. Michał Nierobisz]
ashtray navigations - melanie delaney [fot. Michał Nierobisz]
paul st. hilaire [fot. Michał Nierobisz]
tujiko noriko [fot. Michał Nierobisz]
tujiko noriko [fot. Michał Nierobisz]
paul st. hilaire [fot. Michał Nierobisz]