marzec w Powiększeniu
marzec w Cafe Kulturalna
Contemporary Noise Sextet
Woody Alien
Zatańcz z Wilkami!
Tiny Vipers
napszykłat
STEVEN BERNSTEIN & SEX MOB + DJ OLIVE
KRISTEN + TALIBAM!
Lake
Pterodactyl
baaba
Elektrozgrzyt - Sing Sing Penelope & DJ Strangefruit
Małe Instrumenty - Auto KonstrukTone
dan le sac vs Scroobius Pip + The Complainer & The Complainers
Deerhoof
niwea
Wadada Leo Smith & Kresten Osgood
the ex + brass unbound
Midi Lidi, D V A, Napszykłat
The Burning Hell
BOHREN & DER CLUB OF GORE
Aucan
Sam Amidon
Merzbow, Wolf Eyes
Enduser + X&trick



Wayne Shorter Quartet, Marcus Miller z zespołem i Jimmy Cobb's So What Band - w tej kolejności zagrali i w takiej też znaleźli się w naszej galerii. Trzy projekty, odwołujące się do różnych etapów kariery Milesa, ukazały to, co od dawna wiemy - że wszystkich faz twórczości genialnego trębacza pogodzić się nie da.
Genialny kwartet Shortera, który w drugim "wielkim kwintecie" Davisa był nie tylko wykonawcą, co równoprawnym kompozytorem, to intelektualna, pozornie spokojna, lecz buzująca pod powierzchnią muzyka. Odniesień do młodości Shortera w niej de facto brak, to raczej jazz XXI wieku. Wymagające skupienia formy, w które na Torwarze można było wejść chyba tylko zamykając oczy.
Marcus Miller. Hmm. Nie po to wyparłem ze świadomości "Tutu", "Siestę" i inne wybryki lat 80-tych, żeby mi teraz nimi epatowano prosto w twarz. Jazzik w wydaniu lekkostrawnym, pewnei chwytliwym, ale reaguję na niego alergicznie. Straszne. Jednak większość widzów przyszła dla niego.
Na koniec Jimmy Cobb, jedyny żyjący uczestnik sesji "Kind of Blue" przypomniał tę może i najważniejszą w historii jazzu płytę. W składzie Buster Williams na basie, który debiutował na początku lat 60-tych a potem sporo grał z Hancockiem, czyli z Davisem na muzyczny drugi uścisk ręki; o kolejne dziesięć lat młodszy Larry Willis na fortepianie i sekcja dęta z kolejnego pokolenia - Wallace Roney (tr), Vincent Herring (alto) i Javon Jackson (tenor).
Wrażenia mieszane - z jednej strony odczuwalny geniusz tej muzyki, nawet granej po 50 latach, z drugiej strony poczucie, że grać jej nie ma sensu. Tamtej wrażliwości, finezji i głębi wykonania odtworzyć się nie da. Abstrahując od wyczynów solistów, jak dla mnie panowie zagrali zbyt rzewnie. W pamięci na zawsze zostanie mi jednak solo Jimmy'ego Cobba, który cały koncert grał delikatnie i w tle, by w finale koncertu na kilka minut wyjść na pierwszy plan. I wybębnił solo w wieku równych 80 lat...
[zdjęcia: Piotr Lewandowski]