polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
SHOGUN KUNITOKI wywiad

SHOGUN KUNITOKI
wywiad

Z jednej strony wychwalają ich zachodnie media, z drugiej pozostają prawie całkowicie nieznani szerszej publiczności. Zespół Shogun Kunitoki wydał właśnie drugą płytę, która zaskakuje pomysłowymi aranżacjami i swobodnym poruszaniem się w stylistyce post-rockowej przy wykorzystywaniu organów. Poniżej przedstawiamy Wam telefoniczną rozmowę z dwójką muzyków kwartetu. Prosto z mroźnych Helsinek.

Po raz pierwszy, kiedy o was usłyszałem, pomyślałem, że pochodzicie z Chin, a okazało się że jesteście z Finlandii. Niemałą zasługę miała w tym nazwa waszego zespołu...

[Jari Suominen] Nazwa przyszła ze starej gry komputerowej. Kiedy zaczęliśmy wspólnie grać w 98 albo 99 roku graliśmy w gry na Commodore 64, więc wszystkie dźwięki, które graliśmy powstawały właśnie na nim. Nazwa została zaczerpnięta ze starej gry "Last Ninja". Jest w niej zły szogun, największy wróg Ostatniego Ninja, nazywa się właśnie Shogun Kunitoki.

Jak wyglądały początki Shogun Kunitoki?

[Ville Viitanen] Kiedy byliśmy mali, oczywiście graliśmy bardzo często w gry komputerowe. Myślę, że nasze pokolenie można byłoby nazwać Pokoleniem Commodore 64. Pamiętam, że kiedy byłem mały, ścieżka dźwiękowa "Last Ninja" była dla mnie czymś bardzo znaczącym...

Jak więc doszło do powstania Shogun Kunitoki? Jak z muzyki tworzonej stricte na komputerze przeszliście do grania zespołowego, na żywo?

[Jari Suominen] To było dość przykre wydarzenie - nasz sprzęt Commodore 64 uległ zniszczeniu. Było przy tym mnóstwo ognia, ale przede wszystkim nie mogliśmy już grać. Maszyna nie chciała wydawać więcej dźwięków, więc był to swego rodzaju zapasowy plan.

[Ville Viitanen] Byliśmy trochę znudzeni graniem na Commodore. Kiedy grasz na nich koncert nie jest to zbyt ciekawe - wiesz, po prostu wciskasz przyciski, ewentualnie wpisujesz pewne komendy podczas piosenek, ale przede wszystkim siedzisz przed komputerem. To chyba nie wygląda wybitnie ciekawie (śmiech)

[Ville Viitanen] Myślę, że granie na żywo jest przede wszystkim ciekawsze. Między zespołem i publicznością jest o wiele więcej interakcji, wszystko dzieje się na żywo i różne rzeczy mogą się przydarzyć. Grając na Commodore nie możesz wiele zmieniać "na żywo" - po prostu puszczasz zaprogramowane kwerendy i je odtwarzasz. Ale myślę, że to miało mocny wpływ na to, jak gramy teraz. Aktualnie w naszej muzyce jest dużo rytmiki, która pochodzi z gier komputerowych.

Istotne więc muszą być dla was koncerty. W waszej muzyce słychać wiele rozmaitych instrumentów, opowiedzcie proszę, z czego korzystacie podczas występów.

[Jari Suominen] Mamy jednego bębniarza, osobę, która jest odpowiedzialna za różnego rodzaju loopy I instrumenty perkusyjne. Ja i Ville gramy na klawiszach, ale nie na syntezatorach. To nasz koncertowy "ekwipunek". Kiedy gramy na żywo, nasza muzyka jest o wiele bardziej hałaśliwa i drapieżna, niż na nagraniach. Na płycie jesteśmy może bardziej psychodeliczni, ale w wersji koncertowej to prawie jak hard rock (śmiech)

To co gracie brzmi jak atak ściany dźwięku. Z takim czymś zazwyczaj kojarzą się post-rockowe zespoły, które ujarzmiają swoje gitary. Obecnie jest bardzo dużo tego typu zespołów, ale wiele z nich zdaje się brzmieć bardzo podobnie do siebie. Wy jesteście również bardzo ekspresywni i emocjonalni, ale nie używacie gitar, a efekt wydaje się być o wiele ciekawszy...

[Ville Viitanen] Tak, ale nie wydaje mi się, żebyśmy mieli coś przeciwko post-rockowi. Zawsze słuchaliśmy dużo takiej muzyki. Wiem, co masz na myśli mówiąc, że mnóstwo post-rockowych brzmi tak samo. Wydaje mi się, że obecnie jest pełno grup, które próbują brzmieć jak post-rock. Nam towarzyszy raczej idea, żeby znaleźć inny sposób robienia muzyki. Reakcja naszych słuchaczy bywa bardzo różna - czasami słyszymy, że nasza muzyka brzmi jak kawałki z lat 60., jak The Doors, niektórzy porównują ją do progrocka czy krautrocka z lat 70, a jeszcze inni twierdzą, że to właśnie post-rock. Wiesz, bardzo wiele zależy od konkretnych słuchaczy i tego w jakich muzycznych kręgach się obracają.

Tak naprawdę słuchamy bardzo wielu gatunków - od lat 60., 70. przez muzykę klasyczną i minimalistyczną, aż po indie-rock i post-rock z lat 90. To wszystko jest dla nas ważne i wydaje mi się, że można to usłyszeć w naszej muzyce. Chyba nie do końca mogę określić, który z tych nurtów jest dla nas najważniejszy. Może indie-rock z lat 90., bo wtedy byliśmy młodzi i najbardziej ekscytowaliśmy się muzyką (śmiech).

W ciekawy sposób pokazujecie inne wykorzystanie organów. Wykorzystujecie je niczym gitary elektryczne i wyżywacie się na nich niczym na gitarach. Efekt jest niesamowity.

[Jari Suominen] Kiedy nagrywaliśmy "Tasankokaiku" mieliśmy dość sprecyzowany pogląd na to jak wykorzystać organy - nie było wielu powtórzeń, akordów. Później podeszliśmy do tego od bardziej rockowej strony - pojawiło się więcej powtórzeń, efektów i urozmaicenia.

Napisaliście na swojej stronie internetowej, że Shogun Kunitoki chce przywrócić muzyce elektronicznej bardziej humanistyczny pierwiastek.

[Ville Viitanen] Chcemy w ten sposób zasygnalizować rozwój muzyki naszego zespołu. Gdy zaczynaliśmy, tworzyliśmy wszystko na komputerach, ale potem trochę się to nam znudziło i postanowiliśmy przerzucić się na granie "na żywo", jednocześnie wciąż pozostając jedną nogą w muzyce elektronicznej. Więc może można to odnieść to innego sposobu grania na elektronicznych organach. Może bardziej tak jak robiono to w latach sześćdziesiątych. Tyle, że to nie przypomina tak bardzo muzyki elektronicznej. Żartujemy, że przenosimy się trochę w czasie, wtedy kiedy nie było komputerów na których można było robić muzykę.

[Jari Suominen] Z drugiej strony tej deklaracji nie należy chyba tak do końca traktować poważnie. Niektórzy ludzie tak robią, ale zawsze trzeba na to spojrzeć z lekkim przymrużeniem oka i nie traktować tego jako jakiejś wielkiej ideologii (śmiech)

Podczas koncertów używacie dosyć specyficznych urządzeń projektorów Super 8, co świadczy o tym, że wizualna strona waszych występów ma dla was niemałe znaczenie...

[Jari Suominen] Tak, jedna osoba w naszym zespole jest odpowiedzialna za te projekcje - wizualne loopy stworzone specjalnie na ten wyświetlacz. Wykorzystujemy wiele odtwarzaczy w tym samym czasie, które łączą różnorodne obrazy.

[Ville Viitanen] W jakiś sposób one zawsze łączą się z muzyką - co prawda nie mają takich samych długości jak muzyka, którą gramy, ale razem to wszystko się zespaja. Wiele osób pyta nas, jak udaje nam się zsynchronizować obraz z muzyką, ale tak naprawdę niczego takiego nie ma - te dwa elementy po prostu tak dobrze ze sobą współgrają, że wygląda jakby było to zaprogramowane.

Tyle, że tak naprawdę bardzo trudno usłyszeć was gdziekolwiek indziej poza Półwyspem Skandynawskim. W mediach - jak chociażby w The Wire czy Pitchforku - pojawia się mnóstwo pochlebnych recenzji, ale w Zachodniej Europie pojawiacie się sporadycznie...

[Jari Suominen] Tak, myślę że to przede wszystkim z tego powodu, że obecnie nie mamy nikogo kto by bookował nasze występy, więc gramy tylko tam, gdzie nas zaproszą. Niestety niezbyt wiele osób nas zaprasza... (śmiech) Poza tym prawie wszyscy w zespole pracujemy regularnie i tak naprawdę nie możemy jeździć i koncertować, jak nam się podoba. Dodatkowym utrudnieniem jest sprzęt, który jest bardzo ciężki - zwłaszcza organy - i trudno go transportować.

Jak wygląda scena muzyczna w Finlandii. Muzyka ze Skandynawii i Północy zdaje się być mocno zdominowana przez twórców z Islandii...

[Jari Suominen] Stan sceny muzycznej w Finlandii oceniłbym jako bardzo dobry. Jest tutaj bardzo dużo niezależnych scen. My oczywiście jesteśmy częścią sceny Fonal (wydawcy płyt Shogun Kunitoki - przyp. red.) - zespoły, które dla niej nagrywają wszystkie ze sobą się znają, razem gramy, spotykamy się. Najbardziej rozwinięta jest scena muzyczna w Helsinkach - znajduje się tam mnóstwo zespołów prezentujących bardzo dużo różnych gatunków muzycznych. Bardzo lubię zespoły noise'owe które tam grają, ale nawet także indie popowe formacje.

[Jakub Knera]