polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
EMILIANA TORRINI Me and Armini

EMILIANA TORRINI
Me and Armini

Emiliana Torrini - trochę Włoszka, trochę Islandka, rasowa wokalistka z krwi i kości. To muzykalnie roztargnione dziewczę o głosie kruchym jak biszkopt powraca po trzech latach milczenia z nowym albumem "Me and Armini". Wraca na paluszkach, ledwie zauważona, wsparta na silnym ramieniu Dana Crayera, współtwórcy sukcesu Hot Chip i Franz Ferdinand.

Wokalistka słynie z dwubiegunowych kooperacji (Thievery Corporation, Kylie Minogue), dlatego skład tego pozornie niedobranego duetu nie wprawia w zakłopotanie. Sprawdzi się zresztą urozmaicając skądinąd urokliwe smęcenie Torrini.

Opener zatytułowany "Fireheads" rozkręca się leniwie a przebrnięcie przez nie kończące się minuty markotnego zawodzenia wymaga nieprzeciętnej cierpliwości. Ta jednak zostanie sowicie nagrodzona ujmującą drapieżnością refrenu. Ten muzyczny pazur pojawi się jeszcze w żarliwie gitarowym "Gun" i osnutym mrokiem "Dead Duck".

Emiliana Torrini umiejętnie bawi się gatunkami: spaja elektronikę z folkiem, wplata weń elementy dubu i rocka. Te rozbieżne koncepty godzi jej rozmarzona, mieniąca się niewinnością maniera wokalna i wiarygodność, z jaką konstruuje albumy. Mimo, że jej muzyka wyraźnie się zmieniła, wiele z zawartych na płycie utworów przywodzi na myśl delikatność "Fishermans Woman". Stąd mgliste, chmurne "Birds" i urzekające optymizmem "Big Jumps".

"Me and Armini" nie zaskakuje, nie drażni, nie rozbraja. Działa za to jak bezawaryjny przedłużacz lata. Niech trwa.

[Dominika Kujawka]