polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Vampire Weekend Vampire Weekend

Vampire Weekend
Vampire Weekend

Vampire Weekend już swoją półoficjalną debiutancką epką narobili w Nowym Jorku sporo szumu, by po debiutanckim albumem wydanym przez XL wywołać niemalże euforyczny amok na dużych połaciach niezależnego środowiska swego kraju. Jakim sposobem ledwie ponad pół godziny bezczelnie bezpośredniego popu, podlanego muzyką afrykańską i reggae, sprawiło, że nowojorski kwartet radośnie pretenduje do miana amerykańskiego debiutu roku? Z perspektywy trzech miesięcy i po zobaczeniu zespołu na żywo, jestem pod wrażeniem, jak świetnym wyczuciem czasu i miejsca wykazali się Vampire Weekend wychodząc do mas. Ich bezpretensjonalne melodie, oszczędne, bujające aranże, łączące popowy kanon z afro-beat'owymi lub highlife'owymi wątkami i, olaboga, absurdalnymi partiami smyczkowymi faktycznie potrafią być chwytliwe. Vampire Weekend co więcej nie zapomnieli o tym, że są eleganccy i mają w kieszeniach dyplomy uczelni z czołówki Ivy League. A to zobowiązuje. Więc serwują historie z życia owych kampusów wzięte, nie zapominając też o cholernie trudnych życiowych dylematach studenta Yale. Efekt jest kuriozalny.

Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, przed młodzieńcami otworzyły się salony, a na niezależnej scenie w US okrzyknięto ich niemal odkryciem roku, reanimującym pop pełen naturalnej radości. Amerykanie chyba mają pretensje do artystów z NY za permanentne przekraczanie granic i utartych szlaków, bo jak tu doszukać się rozrywki w muzyce Animal Collective, Dirty Projectors czy innego Sufjana Stevensa? Łatwiej zapomnieć na chwilę o popowych arcydziełach od Beatles'ów przez Paula Simona po Michaela Jacksona i znowu okrzyknąć szczeniacki band z NY rewelacją sezonu. Przetrwaliśmy Strokes, przetrwaliśmy Clap Your Hands Say Yeah, damy radę i z Vampire Weekend.

[Piotr Lewandowski]