polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Phil Elverum wywiad

Phil Elverum
wywiad

Kto choć przez chwilę rozmawiał z Philem Elverumem podczas jego kilkudniowej trasy koncertowej w Polsce, może poświadczyć że to dość niezwykła osoba. Przede wszystkim zupełnie anty-gwiazdorska, naginająca to pojęcie aż do granic możliwości: Phil przed swoim koncertem w gdańskim Kafe Delfin bawił się listą gości powieszoną na ścianie klubu, rozglądał się z zaciekawieniem, jakby w ogóle nie zdając sobie sprawy, że zaraz zagra koncert, na który przyszło mnóstwo jego wielbicieli. Chociaż z drugiej strony był do tego doskonale przygotowany - z Ameryki przywiózł ze sobą ogromną walizkę pełną swoich płyt, niektórych bardzo rzadko dostępnych. Kiedy udaliśmy się na rozmowę do pobliskiego Parku Oliwskiego, lider The Microphones zachowywał się również nietypowo - chodził z aparatem i robił zdjęcia, z zainteresowaniem obserwując ludzi chodzących po alejkach - sprawiał wrażenie jakby przyjechał do Polski na wycieczkę, przy okazji grając w kilku klubach. W końcu udało nam się usiąść i przeprowadzić rozmowę. Jej efekty możecie przeczytać poniżej.

Przed trasą koncertową po Polsce grałeś na Primavera Sound Festival w Barcelonie. Jak Ci się tam podobało?

To bardzo duży festiwal, nie wyobrażałem sobie że jest tak wielki. Graliśmy na małej scenie na zewnątrz, ale wydawała się ogromna. Nie wiem jak wielu ludzi mnie oglądało - może ze 100 osób (śmiech). Ale miejsce było na tyle duże, że wśród nich było pełno wolnych miejsc i wydawało się jakby nie było wielkich tłumów. Ale było niesamowicie - pogoda była wietrzna, grałem po południu kiedy słońce już zachodziło. Poza tym festiwal odbywa się w pobliżu morza, od którego wiała bryza, przez co powstał niesamowity klimat. Miałem ze sobą maszynę do robienia mgły i zestaw świateł, ale przez ten wiatr, całą sztuczną mgłę od razu zwiewało na mnie i na scenę (śmiech).

Lubisz grać na festiwalach?

Fajnie jest grać na takich dużych imprezach, ale bardziej wolę mniejsze miejsca - duże sceny są trochę niewygodne i często jest dużo problemów z dźwiękiem i nagłośnieniem. W mniejszych pomieszczeniach wszystko brzmi trochę lepiej. Poza tym publiczność nie jest tak daleko jak na scenach podczas dużych imprez.

Podczas tegorocznej trasy grasz solo na gitarze. W The Microphones występowałeś z całym zespołem, a na płytach Mount Eerie pojawia się jeszcze dużo dźwiękowych efektów i instrumentów, jest chociażby perkusja. Dlaczego więc zdecydowałeś się koncertować właśnie w taki sposób?

Tak naprawdę nigdy nie miałem zespołu, nigdy nie miałem stałej formacji. Zazwyczaj gram solo, bo jestem jej jedynym członkiem (śmiech). Często trudno jest zebrać cały zespół, przeważnie dlatego, że większość moich przyjaciół z którymi gram jest zajęta innymi projektami muzycznymi i trudno to wszystko razem pogodzić. Kiedy koncertuję solo o wiele łatwiej mi podróżować.

Prowadzisz własne wydawnictwo, w którym wydajesz swoje płyty, sam robisz do nich okładki, sam koncertujesz, nie masz swojego menadżera, tylko sam nim jesteś - zajmujesz się praktycznie wszystkim. To dlatego, że chcesz mieć nad wszystkim kontrolę czy może nie chcesz powierzać pewnych zadań innym ludziom?

Tak, wydaje mi się że z oba te powody są słuszne. Lubię pracować właśnie w taki sposób. Myślę, że to by było niemożliwe gdybym był super-popularny, ale teraz nie jestem znany aż tak bardzo, żeby nie móc samemu tym zarządzać (śmiech). Wolę osobiście wszystko robić i kontrolować, zajmować się wszystkimi szczegółami.

Opowiedz proszę, jak doszło do tego, że przyjechałeś do Polski - nie planowałeś tego wcześniej. Dostałeś zaproszenie na koncerty i stwierdziłeś, że fajnie byłoby odwiedzić nasz kraj?

Tak! Nie miałem pojęcia, że ktokolwiek mnie tutaj słucha (śmiech). Dopiero kiedy dostałem ta wiadomość dowiedziałem się, że faktycznie są tutaj ludzie, którzy lubią moją muzykę. Pomyślałem o tej ofercie i po kilku miesiącach odpowiedziałem na zaproszenie "Myślę, że chciałbym przyjechać do Polski - co możecie mi zasugerować?"

Jeden z amerykańskich dziennikarzy badających kulturę popularną napisał kiedyś, że prawdziwa sztuka może być tworzona wyłącznie przez jedną osobę, a nie cały przemysł produkcyjny. Skojarzyło mi się to z Tobą - zajmujesz się wszystkim samodzielnie przy tworzeniu muzyki, a poza tym znajdujesz się trochę poza mainstreamem. Jak odnajdujesz się w przemyśle muzycznym?

Hm, chyba właśnie tak jak mówisz, jestem trochę obok tego. Nie jestem pewien czy się z Tobą zgodzę - to co powiedziałeś faktycznie mnie opisuje, ale wierzę w kolaborację, wierzę że przez nią też można stworzyć interesujące rzeczy. Pomimo tego, że sam nie jestem w tym dobry (śmiech). Kiedy mam jakiś pomysł, patrzę na niego całościowo, na wszystkie aspekty, a więc kiedy coś wymyślam, koncentruję się na wszystkim i tworzę zamknięty projekt - jestem uparty i mówię "to jest to, co chcę zrobić, właśnie tak a nie inaczej". Jestem trochę uparty i bardzo obstaję przy mojej wizji, przez co trochę ciężko się ze mną współpracuje. Czasem idę na ustępstwa, ale zazwyczaj pracuję w samotności.

Jesteś w Polsce od kilku dni - przed naszą rozmową zrobiłeś w parku pełno zdjęć. Widziałeś coś ciekawego w naszym kraju podczas swojego pobytu?

Jestem tutaj dość krótko, ale na razie mi się podoba - dziś jechaliśmy z Warszawy do Gdańska i na tej trasie było dużo ciekawych widoków. Kiedy planowałem przyjechać do Polski chciałem pojawić się tutaj właśnie taką porą - nie chciałem tu przybyć w środku lata, kiedy było by strasznie upalnie, ale też nie chciałem przyjeżdżać zimą kiedy jest zimno. Teraz jest w sam raz - wszystko kwitnie, drzewa są zielone i to bardzo ładnie wygląda. Poza tym mam dużo czasu, żeby to wszystko zobaczyć. Cały czas czuję się jakbym dopiero tutaj przyjechał...

Pytam o to, ponieważ Twoja muzyka zdaje się mieć w sobie dużo z miejsc, w których ją nagrywasz. Chociażby przed stworzeniem "No Flashlight" spędziłeś dużo czasu w Norwegii. Jak istotny wpływ na twoją muzykę mają krajobrazy i otoczenie, w którym przebywasz?

Wydaje mi się, że duże, ale nie bezpośrednio. Wiesz, nie śpiewam o konkretnych miejscach, czy tym co mnie otacza. Ale to gdzie przebywam mocno wpływa na moją muzykę, teksty, to siedzi bardzo mocno we mnie i tkwi w mojej głowie, przez co bez wątpienia wpływa na to co robię.

Przez to twoja muzyka jest bardzo obrazowa. Czasami brzmi jak ścieżka dźwiękowa do jakiegoś nieistniejącego filmu. Nie myślałeś nigdy o tym, żeby coś takiego stworzyć?

Tak, bardzo chciałbym to zrobić. Szczerze mówiąc bardzo wiele razy to robiłem do krótkich etiud, ale to były małe projekty, nie jakieś pełnometrażowe filmy. Ale planuję stworzyć swoje filmy, trochę dłuższe, więc wtedy nadarzy się okazja do skomponowania do nich muzyki.

A gdybyś mógł wybrać któryś z filmów które już istnieją, do którego z nich chciałbyś stworzyć muzykę?

Hm, nie wiem. Bardzo lubię oglądać filmy, wiele z nich bardzo lubię, ale właśnie dlatego, że są kompletne i nie chcę zmieniać ich muzyki. Jedyną sytuacja, w której nagrałbym ścieżkę dźwiękową jest ta, kiedy sam stworzyłbym także film (śmiech) - musiałbym być odpowiedzialny za cały projekt.

A jak na Twoją twórczość wpłynęło miejsce w którym mieszkasz, Anacortes? Kiedy szliśmy przez park bardzo cieszyłeś się z tego, że idziemy z dala od miejskiego zgiełku, a zmierzamy w ciszę, w naturalny krajobraz - jaki to ma na Ciebie wpływ?

Dorastałem w miejscu które nie było miastem (śmiech). Ale wydaje mi się, że w mieście mógłbym się czuć dobrze, mimo, że nie nigdy nie żyłem w jakiejś dużej metropolii. Myślę, że mógłbym potraktować przebywanie w mieście jako pewne wyzwanie dla siebie. To prawda, że naturalna sceneria jest bardziej relaksująca. Popatrz na ludzi, którzy chodzą dookoła nas - dla każdego bardziej relaksujące jest przebywanie w takim miejscu, to naturalny ludzki odruch aby przebywać w cichej przestrzeni. Ale bardzo ważne dla mnie jest myślenie realistyczne - nie jest przecież możliwe, żeby każdy żył naturalnie, jak prymitywni ludzie. Mieszkam w miasteczku, jeżdżę samochodem (śmiech) ale lubię takie małe miejscowości - Anacortes to właśnie takie miejsce, spokojne, czas płynie tam bardzo wolno.

Twoje albumy jako The Microphones łączyły się z żywiołami Ziemi - co tak bardzo fascynuje Cię w naturze i dlaczego stworzyłeś je w taki sposób?

To był przypadek (śmiech). Wiedziałem, że "It Was Hot We Stayed In The Water" było o wodzie, ale dopiero kiedy ją nagrałem zauważyłem, że to w pewien sposób łączy się z poprzednim albumem "Don't Wake Me Up", które dotyczyło żywiołu powietrza, śnienia, tonięcia w powietrzu, duchów. Chyba w połowie nagrywania "The Glow, Pt. 2" zorientowałem się że ten album w jakiś sposób łączy się z tematyką ognia, wiesz "błyszczeniem, żarzeniem" (glow - przyp. red) i potem zacząłem robić to bardziej intencjonalnie. Na koniec nagrałem jeszcze "Mount Eerie", które było powiązane z Ziemią, skałami, górami.

Przez to często tworzysz piosenki, podczas słuchania których czuje się prawie to o czym w nich śpiewasz. Często pojawiają się w nich dźwięki natury - wiatr, woda...

Robię to specjalnie. Kiedy nagrywam muzykę myślę o słowach i chcę żeby muzykę można było odczuwać tak jak słowa, chcę dopasować jedno do drugiego.

Potrafiłbyś określić, który z albumów The Microphones jest Ci najbliższy?

Myślę, że to niemożliwe. Mój ulubiony to zawsze ten, który aktualnie nagrywam, najnowszy. Więc w tym wypadku to ten, który jeszcze nie powstał (śmiech) - jeszcze na mnie czeka. Nie mam takiej perspektywy aby spojrzeć na moje płyty z dystansu, jestem zbyt blisko tego co tworzę.

A jak zareagowałeś na ranking Pitchfork Media, który ogłosił, że "The Glow, Pt. 2" jest najlepszym albumem w 2001 roku?

Moje pierwsze pytanie brzmiało mniej więcej tak: Kto? (śmiech)
Nie miałem pojęcia co to jest (śmiech), nie słyszałem o tym. Ludzie mówili mi: "gratulacje", a ja odpowiadałem "co?" (śmiech).

Może wtedy ten serwis nie był jeszcze tak bardzo popularny. Opowiedz coś o Mount Eerie, bo to także szczyt górski - jest w niej coś specjalnego?

To niewielka góra, znajduje się blisko mojego domu...

Jak bardzo jest wysoka?

Nie wiem, zapomniałem, ale nie jest wielka. Wygląda bardzo ładnie, a nawet trochę majestatycznie. Jest dla mnie ważna, ponieważ pod nią dorastałem, wychowywałem się w jej otoczeniu. Wystarczyło wyjrzeć przez okno i zawsze ją widziałem, a ona w pewien sposób widziała mnie. Dlatego postanowiłem nazwać mój projekt właśnie tak - w pewien sposób symbolizuje teraźniejszość, może trochę bardziej mroczny okres.

Więc to pewnie najpiękniejsze miejsce na świecie, które widziałeś?

Prawdopodobnie tak (śmiech), trudno wybrać jakieś z tych, które widziałem.

Przy nagrywaniu drugiej płyty pod szyldem Mount Eerie - "pts. 6 & 7" wydałeś ją jako książkę ze zdjęciami , a płyta była właściwie dodatkiem - skąd taki pomysł?

Na początku chciałem wydać tylko książkę, bez płyty. Dopiero potem pomysł rozwinął się w muzyczno-zdjęciowy projekt. Ale tak naprawdę chciałem zrobić to wcześniej, chyba od dziesięciu lat - przez ten czas nazbierałem bardzo dużo zdjęć. Również w tym czasie zgromadziłem trochę funduszy aby móc to wydać właśnie w taki sposób. Pomyślałem, że ludzie mogliby tego nie kupić, gdyby nie było muzyki, dlatego dodałem płytę. A poza tym miałem upodobanie, aby stworzyć taki typ "ekskluzywnej" edycji, czegoś specjalnego.

W tym roku planujesz wydać płytę "Dawn", która ma być połączeniem dziennika i muzyki - traktujesz to, co tworzysz, bardzo personalnie i oddajesz w pewien sposób część siebie ludziom?

To bardzo akustyczna płyta. Dziennik jest z okresu, kiedy przebywałem w Norwegii, muzyka powstała właśnie tam, to chyba 19 piosenek. Tak naprawdę to taka dokumentacja czasu jaki tam spędziłem. To było... pięć lat temu...

W przyszłym roku planujesz wydać album "Wind's Poem", a już teraz zapowiadasz go jako "kolosalnie brzmiący".

Tak (śmiech). Planuję na nim połączyć wiele różnych dźwięków - moje poprzednie nagrania były utrzymane w dość podobnym klimacie. "No Flashlight" było raczej spokojne, wcześniejsze nagrania pod szyldem The Microphones były na zmianę głośne i ciche - wydaje mi się że "Wind's Poem" będzie właśnie takie. Teraz staram się stworzyć tak głośne melodie jakich jeszcze nigdy nie nagrałem (śmiech)

Już tylko jako Mount Eerie?

Tak, jako Mount Eerie.

Pytam też ogólnie - nie zamierzasz już nigdy nagrać nic jako The Microphones?

Wydaje mi się, ze już z tym skończyłem, to zamknięty projekt. Ale to przecież tylko nazwa - muzyka jest bardzo podobna. Dla mnie tak naprawdę nie ma to żadnej różnicy. Jedyne co różni The Microphones i Mount Eerie to fakt, że to pierwsze to "dawny ja", a drugie to "nowy ja". Nie mogę wrócić do tego co było kiedyś, do "starego ja".

[Jakub Knera]