polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE NOSTALGIA 77 OCTET Weapons of Jazz Destruction

THE NOSTALGIA 77 OCTET
Weapons of Jazz Destruction

Broń jazzowej zagłady przez niektórych uznawana jest za jedną z najlepszych płyt okołojazzowych ubiegłego roku. Przytaczają oni argumenty wskazujące na udane wskrzeszenie brzmienia lat 60. i 70., przywołują wizję zadymionego klubu, w którym muzykom przyglądają się znad swoich stolików wytrawni słuchacze. Wskazują na doskonałe połączenie progresywnych zagrywek z tradycją godną dawnych mistrzów. Zachwycają się wielowątkową swobodą, pełną freejazzowych improwizacji. To wszystko prawda, jednak niezależnie jak długo ciągnąć tę listę pozytywnych cech opisujących płytę, nie można zapomnieć o rzeczy najważniejszej - "Weapons of Jazz Destruction" to album co najwyżej przeciętny.

Płyta sprawia wrażenie, jakby muzycy starali się odnaleźć złoty środek pomiędzy prostotą i melodyjnością nu-jazzowego pseudoartyzmu, który przyciągnie bardziej masowego słuchacza, a jazzem improwizowanym, pełnym formalnych eksperymentów, który będzie ciekawy, ale jednocześnie przyswajalny jedynie przez wytrwałych melomanów. W rezultacie otrzymaliśmy rezultat, który zarazem jest zbyt ambitny dla odbiorcy niewyrobionego i zbyt oczywisty dla kogoś, kto ma z tego rodzaju muzyką więcej do czynienia. To nie znaczy, że członkowie The Nostalgia 77 Octet są słabymi muzykami. Wręcz przeciwnie, nie sposób odmówić im sporych umiejętności, co wychodzi na jaw zwłaszcza przy wsłuchiwaniu się w bogate partie wszystkich czterech dęciaków. Nie można im odmówić zarówno improwizacyjnego wyczucia, jak i umiejętności tworzenia eleganckich melodii. Ciekawym czynnikiem, która doskonale urozmaica popisy instrumentalistów, jest zaproszenie wokalistki Sophie Smith. Jej obecność wydaje się być nieodzownym elementem tworzenia tego przysłowiowego klimatu zadymionego klubu. Jednak ta próba zadowolenia jak najszerszego grona słuchaczy sprawiła, że płyta sprawia zupełnie obojętne wrażenie. Przy dokładnym zapoznawaniu, trudno oprzeć się poczuciu, że to wszystko już gdzieś było. Te same harmonie, po tysiąckroć powtarzane saksofonowe improwizacje - owszem, ładne, ale nie będące w stanie wzruszyć czy zapaść w pamięć. Wobec takiego efektu, "Weapons of Jazz Destruction" szybko ulega przemianie w cicho sączącą się muzykę tła. A takowa ma jedną charakterystyczną cechę - bardzo łatwo, w niezauważalny sposób, można o niej zapomnieć i puścić coś innego.

[Aleksander Kobyłka]