polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ÓLAFUR ARNALDS Eulogy For Evolution

ÓLAFUR ARNALDS
Eulogy For Evolution

Co jakiś czas Islandia lubi o sobie przypominać, prezentując światu kolejny nowy, niebanalny talent. Oryginalny na tyle, iż nie przypomina pod żadnym względem tego, co już wcześniej przywędrowało do nas z tej małej wysepki, pomimo, że wszystkich islandzkich artystów łączy ta niesamowita i jedyna w swoim rodzaju wrażliwość i melancholia.

Ólafur Arnalds, to jak na razie, moja największa islandzka miłość spośród wszystkich wykonawców, z którymi miałam okazję zapoznać się od przyjazdu na Islandię. Ten 21 latek w sposób absolutnie genialny łączy elementy muzyki klasycznej ze współczesnymi dźwiękami elektroniki, a miejscami nawet hard rocka. Zanim zabrałam się za tę recenzję, słuchałam 'Eulogy For Evolution" non stop przez trzy dni (i nadal słucham), za każdym razem zastanawiając się, co autor miał na myśli.... I w końcu się dowiedziałam - przeczesując YouTube w poszukiwaniu ólafurowych nagrań, natknęłam się na wywiad, w którym Óli opowiada o 'Eulogy...', jako o afirmacji kręgu życia i jego ciągłości. Tym, że nie należy się załamywać, gdy coś lub kogoś tracimy, bo koniec jednej rzeczy to jednocześnie początek czegoś innego. Gdyby nie dane było mi zapoznanie się z życiorysem Óliego, nawet przez myśl by mi nie przeszło, że osoba, która stworzyła coś tak niesamowicie dojrzałego, ma zaledwie 21 lat. Wydawać by się mogło, że ktoś, kto przedstawia w swojej muzyce wprost klasyczną wrażliwość, łącząc ją z tak współczesnymi brzmieniami, to osoba starsza i bardziej doświadczona życiem niż 21 letni wesoły chłopak z Reykjaviku. Warto też dodać, ze Ólafur sam gra na wszystkich instrumentach (oprócz smyczków) i jest producentem płyty.

"Eulogy For Evolution" otwiera kawałek "0040", który sprawia, iż do naszej głowy przychodzi myśl, czy nie zaczęliśmy przypadkiem słuchać ścieżki dźwiękowej do jakiegoś filmu. Towarzyszy nam ona przez większość płyty, ale z drugiej strony, jaki soundtrack mógłby być tak dokładnie przemyślany, jako jedna, długa, spójna kompozycja, bo tak chyba można określić 'Eulogy". Kolejne kawałki niezauważenie przechodzą w następne, a całość zamyka dwu i półminutowy hardcore, którego na takiej płycie nikt by się nie spodziewał. Dla mnie kulminacją wszystkiego, co słyszymy w ciągu tych niespełna pięćdziesięciu minut, zaczyna się przy szóstym kawałku "3055" - delikatne, niespieszne dźwięki pianina powoli przeradzają się w szybką, pełną różnorakich dźwięków melodię, aby zaraz zamilknąć i przenieść nas do świata samotnych smyczków w "3326". Na koniec pozostaje już tylko, wspomniany wcześniej, mocno rockowy killer, który urywa się właściwie w najlepszym momencie, by pożegnać nas dźwiękami smutnych organów. I za to Ólafurowi należy się dodatkowy plus, porzuca on bowiem słuchacza w takim momencie, że pozostaje niedosyt i ma się ochotę słuchać tej płyty w nieskończoność.

[Aleksandra Lach]