polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ETERNAL DEFORMITY Frozen Circus

ETERNAL DEFORMITY
Frozen Circus

Eternal Deformity już od dobrych 15 lat obecne jest na polskiej scenie. Pamiętam ich pierwszy materiał "Forgotten Distant Time" (1994), wydany jeszcze w barwach Baron Records. Od siermiężnego doom/death metalu, który wypełniał to wydawnictwo, Eternal Deformity oddalili się znacznie. Najnowszy, czwarty duży album, wydany został już we włoskiej Code666. Z racji, że poprzednich produkcji zespołu nie miałem okazji poznać, "Frozen Circus" jest dla mnie, tak na dobrą sprawę, odkrywaniem formacji na nowo. Na zdjęciach muzycy prezentują się niczym Arcturus czy fiński coverband Northern Kings. W muzyce słychać echa twórczości tych pierwszych. Charakterystyczna rytmika, groteskowy nastrój czy wreszcie wielobarwność przekazu to niektóre elementy układanki pt. "Frozen Circus". Zaś z Finami łączy Eternal Deformity umiejętność w odgrywaniu utworów innych wykonawców. Mamy tutaj udaną próbę zmierzenia się z kawałkiem Depeche Mode "Little 15". Ale to tylko dodatek do autorskich kompozycji grupy. Pochwały należą się za produkcję albumu. Brzmi dosadnie, przestrzennie, a proporcje instrumentów dobrano bezbłędnie. Nawet nie rażą niekiedy mocno wyeksponowane instrumenty klawiszowe. Głos Przemysława Kajnata pełen jest ekspresji i zmienności. Na pewno ten element jest jednym z głównych atutów albumu Eternal Deformity. Poza tym gitary i ich rola w budowaniu szkieletu kompozycyjnego. Wszystko z klasą, wyczuciem, pomysłem. Dużo tu progresywności, metalowego jadu, quasi kabaretowego zacięcia, udanych pomysłów. I jeszcze jedno, "Frozen Circus" zasługuje na uwagę i zapewne stanie się jednym z najważniejszych rodzimych albumów z ciężkim graniem w bieżącym roku. A poklask na Zachodzie? I na to przyjdzie czas. Trzymam kciuki!

[Marc!n Ratyński]