polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Von Zeit wywiad z Romkiem Puchowskim

Von Zeit
wywiad z Romkiem Puchowskim

Kto choć raz jechał pociągiem na trasie Warszawa-Gdańsk, z pewnością tuż przed Trójmiastem zauważył ogromne mosty rozciągające się nad Wisłą. To Tczew, miasto z którego pochodzi trio Von Zeit. Po czterech latach zespół przygotował swoją drugą płytę "Ocieramy się". O inspiracjach Witkacym, specyficznym studiu nagraniowym i abstrakcyjnych, ale nie pozbawionych treści tekstach piosenek rozmawiamy z liderem formacji, Romkiem Puchowskim.

Pierwsze, co zwraca uwagę przy słuchaniu najnowszej płyty Von Zeit, to obecny na niej niezwykły surrealizm i pewna abstrakcja, przede wszystkim za sprawą tekstów - traktujecie to, co tworzycie z przymrużeniem oka?

Trochę jest tak jak mówisz. Jeżeli wszystko to, co zdarza się w życiu, traktuje się serio i poważne, może być na dłuższą metę nudno i nieciekawe... Staram się więc utrzymywać stosowny dystans i w ten sposób podchodzę też do muzyki. Takiej muzyki również słuchałem i na takiej się wychowałem. Zacząłem od słuchania muzyki poważnej, z racji tego, że wychowałem się w domu, gdzie właśnie takiej dużo się słuchało. Potem dopadłem taśmy moich sióstr, Jimiego Hendrixa, Rolling Stonesów, Sly And The Family Stone. W pewnym momencie zacząłem sam wybierać muzykę. Był to koniec lat 70-tych, trafiłem na pierwszą płytę The Residents "The Third Reich 'n Roll". To było to - moje surrealistyczne tendencje postrzegania muzyki objawiły się właśnie wtedy. Cały Von Zeit to taka zabawa muzyką. Jeżeli chodzi o teksty, uważam, że liryki pozbawione zbędnego patosu, są bardziej komunikatywne. Co jakiś czas pojawia się w mojej głowie impuls, sygnalizujący, że coś jest warte zarejestrowania czy zapisania - i wtedy to utrwalam.

Kilka lat temu w jednym z wywiadów muzycy z zespołu Pogodno opowiadali, że nagrywali piosenki po imprezach. Kiedy w okolicach czwartej nad ranem ktoś wymyślił jakiś rym wszyscy to podchwytywali i nagrywali utwór - tak powstała m.in. "Pani w obuwniczym", dosyć specyficzna metoda tworzenia.

Tak! (śmiech). Kiedyś bardzo starałem się pisać teksty w formie długich opowieści. Jednak po pewnym czasie przekonałem się, że teksty, które naturalnie ze mnie wypływają, są bardziej hasłowe - krótki i zwięzły przekaz często jest oparty na transowym powtarzaniu sekwencji. Można powiedzieć, że wciąż piszę - rejestruję je w telefonie albo na odtwarzaczu mp3. Kiedy czuję, że mam dobry czas, aby tworzyć z tego jakieś całościowe formy - siadam i komponuję. Często po prostu siadam z gitarą i nagrywam cały utwór - tak było np. z piosenką "Falujemy", którą napisałem na festiwalu w Dunkierce. Jest coś w tym, jak nagrywają chłopaki z zespołu Pogodno - ważne jest, żeby wiedzieć, kiedy złapać właściwy moment na tworzenie. Witkacy powiedział kiedyś, że grzeszni są ci, którzy czują, że pojawia się im w głowie coś istotnego, a nie zapisują tego. Staram się tego trzymać.

Poruszyłeś już temat Witkacego, więc trochę o nim porozmawiajmy. W jednym z utworów wykorzystujecie fragment jego książki o trochę przewrotnym tytule "Narkotyki". Z kolei w kawałku "Autostrada" śpiewasz "prędkość i ilość stuffu, wznosi nas na poziomu RAF'u". To wszystko tworzy psychodeliczny klimat, trochę przypominający halucynacje. Skąd pomysł na wykorzystanie Witkacego?

Jeśli chodzi o piosenkę "Autostrada", zainspirowały mnie opowieści grupy moich znajomych, którzy swego czasu opowiadali mi, jak to namiętnie upalają się (śmiech) i jeżdżą później w nocy samochodem po obwodnicy Trójmiasta. Moja myśl poszła dalej, w kierunku fikcyjnego czarnego scenariusza, w którym w pewnym momencie niewinny "lot" okazuje się rzeczywistą, ostateczną podróżą. Natomiast co się tyczy Witkacego to odkryłem go, gdy trafiłem do Teatru na Chamcówkach w połowie lat 80-tych. Ale na dobre zaraziła mnie nim moja żona, która siedzi w jego twórczości głęboko. Książka "Narkotyki" jest jednym z wielu jego dzieł, które przeczytałem. Niektóre opisy halucynacji od razu zabrzmiały mi jak piosenki, no może bardziej teksty, które można połączyć z muzyką. Jadąc na dwudzieste urodziny Teatru Witkacego artyści mają taki zwyczaj, że przygotowują jakieś niespodzianki, performance, koncerty... Skomponowałem muzykę do fragmentu "Narkotyków" i tam go zagraliśmy. Utwór "3.50" na tą okazję.

Przez to wasz drugi album różni się znacząco od pierwszego - jest bardziej żywy i psychodeliczny w przeciwieństwie do pierwszej...

Przede wszystkim chcieliśmy, żeby się go dobrze słuchało. Nagraliśmy o wiele więcej utworów niż planowaliśmy wydać, aby na płytę wybrać spójną całość. Ale okazało się, że wszystko zostało zaakceptowane i nadaje się na wydawnictwo. Pierwotnie chciałem wydać płytę z piosenkami, a potem epkę z bardziej psychodelicznymi, rozbudowanymi utworami. Jacek Kulesza (gitarzysta formacji - przyp. red) rzucił pomysł, żeby wydać podwójny album. Przegadałem to z Tymonem (Tymańskim - właścicielem Biodro Records, który wydał najnowszą płytę Von Zeit - przyp red.) i tak zrobiliśmy. Reasumując - materiał sam się pogrupował (śmiech).

A na proces nagrywania płyty wpłynął sam Jacek Kulesza? Przy tworzeniu pierwszej nie grał jeszcze w zespole, a przecież trzeba przyznać, że to dość specyficzna osobowość...

Tak (śmiech). Jacek potrafi "malować" swoją gitarą przepiękne plany, jest też w tym duża dawka energii. Ma swój specyficzny muzyczny język, z którym często dobrze mi się wibruje. Na płycie jest też m.in. utwór "Tańczyć". Jacek jest kompozytorem tej piosenki, wykonuje partie wokalne, miksował ją w swoim studio "Żółty Kanciapa". Z pewnością urozmaica to płytę i wzbogaca brzmieniowo.

Na okładce płyty jest napisane, że większość materiału powstała w Starej Kanarkarni w Tczewie. Opowiedz, co to za miejsce, brzmi dość tajemniczo...

Faktycznie, to trochę nierzeczywiste określenie, ale to naprawdę Stara Kanarkarnia! Mieszkam w starym domu z lat trzydziestych. Kiedyś na poddaszu mieszkali starsi państwo i ten pan - Pan Jędraszewski był zapalonym kanarkarzem. W pokoju, w którym obecnie rejestruję nagrania, jedna ze ścian była cała zastawiona klatkami z kanarkami. Kiedy byłem mały, każdego dnia moim marzeniem było dostać się tam i popatrzeć na te żółte cudaki. Po latach udało mi się zrealizować to marzenie i tam zamieszkałem, właśnie w tym pokoju od początku miała miejsce różnoraka aktywność muzyczna. Zanim zacząłem jej profesjonalnie używać i kompletować sprzęt do nagrywania, mój mistrz gitary akustycznej, Nick Katzman podczas jednej z wizyt powiedział: "Romek, martwisz się, że nie masz sprzętu do nagrywania - kupisz go. Natomiast masz to, czego ja może nigdy nie będę miał, a mianowicie pomieszczenie z niesamowitą akustyką". Więc nieprzypadkowo nagrywam właśnie tam.

Uczyłeś się grać u Katzmana?

Inspirowałem się również starym bluesem z lat dwudziestych czy trzydziestych. Dotyczy to szczególnie moich solowych działań. Robię to po swojemu, dodaję do tego trochę punkowych klimatów; ostatnio ktoś powiedział, ze brzmi to trochę jak rockabilly, dużo przy tym improwizuję muzyką i słowem - free style. W języku ojczystym naturalnie. Był czas, kiedy intensywnie studiowałem nagrania starych mistrzów z Delty oraz ich kontynuatorów, jednym z nich był Nick Katzman. W roku chyba 1993 grałem w Poznaniu na Festiwalu Folk Blues Fair, gdzie po moim koncercie podszedł do mnie pewien Amerykanin i powiedział, że podoba mu się jak gram i że on też gra akustycznie. Rozmawialiśmy bardzo długo, wspólnie graliśmy i zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Dopiero po tygodniu dowiedziałem się, że to był ... Nick Katzman (śmiech). Tam przedstawił się pseudonimem, którego nie znałem, zgolił brodę czyli w sumie był dobrze zamaskowany. Udało mi się natychmiast zdobyć jego numer telefonu, zaprosiłem go na mój występ, a później zagraliśmy jako duet mnóstwo koncertów. Obecnie, chociaż koncertujemy sporadycznie, przyjaźnimy się nadal. Bardzo dużo się od niego nauczyłem i dzięki niemu mam mnóstwo kontaktów w zachodnim środowisku muzycznym.

Między jaką muzyką postawiłbyś to, co tworzycie z Von Zeit? Po przesłuchaniu waszej płyty nasunęło mi się skojarzenie z pierwszą płytą Pink Floyd, "The Piper at the Gates of Dawn" - wasz krążek, "Ocieramy się" emanuje też takim odrobinę bajkowym klimatem...

Trudno powiedzieć, co inspirowało mnie przy tworzeniu najnowszej płyty, bo etap, w którym chciałem grać "jak ktoś", mam daleko za sobą. Pierwsza płyta Floydów rzeczywiście bardzo mi się podobała i wydaje mi się, że ewentualne nawiązanie do takiego klimatu odczuwam w utworze "3.50". Ale może bardziej przez klimat gitarowej partii Jaceka Kuleszy, niż samej warstwy kompozycyjnej utworu. Tak czy inaczej, to bardzo zacne porównanie, cieszę się, że go użyłeś (śmiech). A jeśli chodzi o muzykę, która wywarła na mnie istotny wpływ, to m.in. The Residents, Violent Femmes, Sonic Youth, Morphine, Beck. Dużo słuchałem przedwojennego bluesa, jazzu. Odpadłem swego czasu na punkcie The World Saxophone Quartet. Obecnie słucham przede wszystkim minimalistów. Kocham też klasykę - słucham ostatnio namiętnie suit na wiolonczę solo Bacha. Z polskiej muzyki bardzo cenię Republikę - pierwszy etap ich działalności, to był nieprawdopodobnie spójny przekaz. Ze świeższych rzeczy urzekła mnie na żywo "Miastomania" Marii Peszek.

Grasz na gitarze DOBRO. Opowiedz o niej coś więcej - jakie są różnice w jej brzmieniu od tradycyjnych gitar...

Powstała w latach 30. w Ameryce, ale została skonstruowana przez Słowian. To jeden z podstawowych instrumentów kształtujących brzmienie amerykańskiej muzyki folkowej. To takie dziwo, które pojawiło się w momencie, kiedy głośność gitary akustycznej już nie wystarczała, ale jeszcze nie było gitary elektrycznej - potrzebny był instrument, który pracując w kolektywie miał taką donośność, aby przebić się przez inne instrumenty. Pudło rezonansowe gitary DOBRO jest zbudowane z blachy - to, z grubsza rzecz biorąc, skrzyżowanie gitary z banjo, instrument o potężnym brzmieniu. Z jednej strony trzeba grać na nim bardzo mocno, aby zawibrował, z drugiej strony trzeba umieć wykorzystać ledwie słyszalne niuanse brzmieniowe, które to dziwo oferuje. Wymaga od muzyka skrajnej rozpiętości dynamiki, no i wrażliwości.

W ubiegłym roku wasz zespół brał udział we współtworzeniu filmu "Halucynacje Hrabiego Von Zeit" (można go zobaczyć tutaj, który był dość mocno powiązany z wasza muzyką. Skąd ten pomysł?

Plan wziął się stąd, żeby zrobić coś zwariowanego, na zasadzie zabawy. Kiedy zaczęliśmy kręcić film, okazało się, że trzeba będzie włożyć w to mnóstwo pracy i warto jednak stworzyć coś konkretnego. Reżyser, moja żona, Basia Świąder-Puchowska napisała scenariusz pod konkretne postacie z kręgu naszych znajomych, chcąc wykorzystać ich naturalne predyspozycje. Film ukazał się w lipcu 2007 na mini DVD i dostal nagrodę na festiwalu Yach Film. Postanowiliśmy dołączyć go też do naszej nowej płyty.

Stworzyliście film, na waszych koncertach przebieracie się w specjalnie przygotowane stroje, jest tam także mnóstwo wizualizacji - to wszystko ma służyć jako dodatek urozmaicający muzykę?

Od samego początku Von Zeit był projektem multimedialnym. Pierwszą produkcją, która ujrzała światło dzienne pod tym szyldem był teledysk Roberta Turło "Oni gdzieś idą". Pracowałem w tym czasie nad autorskim, solowym projektem. Robert wybrał do realizacji swojego pomysłu na klip jeden z moich szkiców do piosenki. I tak przez jakiś czas równomiernie powstawała muzyka i obraz. Idea była taka, żeby każdy dźwięk miał swój odpowiednik w abstrakcyjnym obrazie. Robert otrzymał za ten wideoklip nominację na Festiwalu Yach Film. Nagrywając finalną wersję utworu, zaprosiłem kolegów - braci Damiana i Sebastiana Szczepanowskich z Głogowa. Sebastian gra na perkusji w Von Zeit do dziś, Damian nagrał z nami pierwszą płytę, na drugiej gościnnie nagrał partie gitary w piosence "Merkant", od czasu do czasu gości na koncertach. Moim celem jest aby wszystko to, co robimy w Von Zeit, stanowiło silny, spójny przekaz. Na koncertach ubieramy się na biało, niejako symbolicznie wyłączając naszą "prywatną" osobowość. W pewnym sensie funkcjonujemy na scenie jak aktorzy. Wizualizacje wyświetlają się na ekranie, na naszych postaciach, wszystko spowija fiolet i ultrafiolet. Wylatujemy w kosmos no i zabieramy ze sobą słuchaczy (śmiech). Im więcej uda się nam ich zapakować na statek, tym lepiej.

[Jakub Knera]