polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Parov Stelar Shine

Parov Stelar
Shine

Termin Lounge wywołuje u mnie drgawki. To taka muzyka dla ludzi, którzy wsamplowane dęciaki na programowanym bicie nazywają nujazzem, a składanki w rodzaju "Late night jazz" wyrafinowaną elektroniką. Ludzi, którzy w międzyczasie przespali płyty Molvaera czy, choćby, Buggeego Wesseltofta. Muzyka dla modnych sklepów z ubraniami. Nowy krążek Marcusa Furedera rozpakowuję więc bez entuzjazmu. Tym bardziej, że, jak czytam, facet udzielał się w serii Hotel Costes. Hej, ja naprawdę myślałem, że wyłączę tę płytę w połowie pierwszego kawałka. Niespodzianka.

Słuchamy. Rytm wystukuje programowany bit, czasem bardziej housowy, momentami downtempowy (takie Bonobo bis), tu i tam szeleszczący żywszym brzmieniem i okraszony przyjemnymi talerzami. Od czasu do czasu wetnie się miła solówka na pianinku, czy stłumiona trąbka, innym znów razem Marcus pokręci gałką lub trochę poskreczuje. Całość ładnie poukładana i wspaniale wyprodukowana. Niewymagająca i łatwa w odbiorze. Żeby nie było wątpliwości - to wszystko już znamy, słyszeliśmy tysiąc razy i dawno zdążyło się nam znudzić. Jest jednak kilka haków.

Bo po pierwsze - Parov Stelar wyciągnął ze środków, którymi operuje, absolutne maksimum. To żadna dekonstrukcja gatunku, to po prostu jedna z najbardziej perfekcyjnych płyt w jego historii. Wszystko huczy i brzęczy dokładnie tak, jak trzeba. Przewidywalnie, oczywiście, ale zarazem niesłychanie przebojowo (posłuchajcie dęciaków w Lost in Amsterdam albo linii basu w Shine). Po wtóre - cztery kobiety i pan na wokalu radzą sobie świetnie. Seksowne barwy głosów, popowa maniera, pomruki, monodeklamacje, fajne melodie - naprawdę nie sposób się znudzić. Poza tym przeboje! Jest ich tutaj całkiem sporo. Policzmy - Shine, Lost in Amsterdam, Love, Charleston Butterfly. Idę o zakład, że nieraz usłyszycie te kawałki w jakichś nujazzowych audycjach radiowych.

Ostatnia sprawa - szufladka. Płytę wkładamy na półkę pomiędzy "Fakes" Dzihan and Kamien i, powiedzmy, debiutem wrocławskiego Digitall Love.

[Mikołaj Pasiński]