polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
LADY AARP Soma

LADY AARP
Soma

Oficyna Open Sources nie przestaje zaskakiwać i po otwierających jej katalog zderzeniach ludowej polskiej, czy szerzej, słowiańskiej tradycji ze współczesną wrażliwością i nowoczesnym instrumentarium, prezentuje muzykę, w której nieco mniej "roots", ale równie wiele "looking forward". Ilustracją tego jest zwłaszcza debiutancki album duetu Lady Aarp, tworzonego przez harfistkę Kasię Kolbowskej i laptop-playera Sebastiana Witkowskiego. Formacja, która swego czasu tworzyła muzyczne przestrzenie w warszawskim klubie Le Madame, a na koncertach wspomagana jest przez wizualizacje, od plastycznej i impresyjnej muzyki nie stroi, jednak proponuje znacznie więcej niż relaksujące pasaże i odprężające plamy. Synergia elektronicznych rytmów i czystych brzmień archaicznej harfy celtyckiej wypełnia bowiem "Somę" muzyką, która doskonale sprawdza się jako w roli kojącego balsamu, jednak zarazem dostarcza wielu wrażeń i przyciągających uwagę punktów.

Nietrywialnie struktury rytmiczne i zwichrowany puls elektronicznej połowy duetu doskonale rezonuje tutaj z cierpliwie rozwijającymi się partiami harfy, a sposób, w jaki muzycy przekazują sobie pierwszy plan tej opowieści w bardzo przekonywujący sposób wskazuje na jej logiczny, ale zarazem naturalnie instynktowny charakter. Dialog pomiędzy laptopowymi trzaskami i kliknięciami a przejrzystą grą akustyczną, przepływanie od momentów wyraźnie rytmicznym ku przestrzennym plamom, zwiewność, z jaką zespół sięga po dodatkowe instrumenty - trąbka, gitara akustyczna czy, raz tylko jeden, głos - i wielopłaszczyznowość brzmienia, czyni debiut Lady Aarp płytą intrygującą, bardzo miejską ale jednak odrealnioną, niby senną, ale jednak przykuwającą uwagę. A równocześnie pozostawiającą wrażenie, że zespół ma jeszcze sporo do powiedzenia. Jak dla mnie, to jeden z ciekawszych debiutów naszej sceny ubiegłego roku, a jeśli chodzi o elektroniczno-akustyczne kolaże - wręcz potencjalny produkt eksportowy numer jeden. Uzupełniający album teledysk oraz, jak stało się już regułą w Open Sources, zgabny digipack, uzupełniają obraz tego absolutnie wartego uwagi wydawnictwa.

[Piotr Lewandowski]