polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
CANDIDA Zoom

CANDIDA
Zoom

Młode zespoły radzą sobie całkiem nieźle na krajowym podwórku. Taka Candida na przykład, płyty wydaje i promuje własnym sumptem. Co więcej, nagrywa je we własnym studio. Digipackowy "Zoom" jest ich drugim wydawnictwem. "Jedynki" nie miałem okazji posłuchać, ale jej następca kolejny raz kręci się w moim odtwarzaczu. "Zoom" jest albumem skupiającym w sobie to, co we współczesnym, mocnym rocku jest punktem wyjścia do eksperymentów i szukania własnego oblicza. Candida stoi na rozstaju dróg, gdzie pomiędzy topornym, wytartym, rockowym graniem (pierwsza część płyty), a bardziej spokojnym, ale i progresywnym zacięciem (powiedzmy tak od ósmego utworu). Trio odpowiedzialne za ten album z niejednego muzycznego pieca chleb już jadło. Udział w nagrywaniu płyt Armii, Head Hunters, Moonlight był bez wątpienia doskonałym przygotowaniem do działania pod szyldem Candida. Słychać doświadczenie, ale brakuje w tym wszystkim motywów, które dałoby się szybko skojarzyć i zapamiętać. Przez to materiał z drugiej płyty formacji jest bez wyrazu. Bezbarwność objawia się przede wszystkim w słabych wokalach. Te ostrzejsze fragmenty wręcz śmieszą nieporadnością. Zespół zdecydowanie lepiej wypada w tych spokojniejszych, bardziej wyciszonych utworach. Tam jest i chwila na ciepłe brzmienia, jak i na nieinwazyjny głos. Pod numerem siódmym ukrywa się dość dziwna kompozycja - "Glina", z gościnnym udziałem niejakiego Ansmana. To jedyny na tym krążku utwór zaśpiewany w języku polskim. Czy ma on służyć promocji radiowej zespołu? Tego niestety nie wiem. Niestety "Zoom" jest jak truskawki z Chin. Ładnie wyglądają, ale prawdziwego smaku owoców w nich niezbyt wiele. Candida nadaje się na sceny Węgorzewa albo Szczytna, gdzie w rytm piwnych parasoli można przy tym potupać nogą. Jeszcze za mało tu pomysłów na sukces, a zbyt wiele na piwniczne mury z wytłaczankami po jajkach.

[Marc!n Ratyński]