polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Eternals wywiad z członkami zespołu

The Eternals
wywiad z członkami zespołu

The Eternals to jeden z najbardziej obiecujących zespołów niezwykle płodnej i eklektycznej chicagowskiej sceny muzycznej. Trio w składzie Damon Locks (wokal/klawisze), Wayne Montana (bas/klawisze) i Tim Mulvenna (instrumenty perkusyjne) dorobiło się własnego, wręcz niemożliwego do zaszufludkowania stylu, w którym przewijają się dub, indie, hip-hop, noise rock, punk, subtelnie słyszalne wpływy chicagowskiego jazzu i postrocka. W marcu po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć Eternals w Polsce, na dwóch koncertach promujących ich nowy album "Heavy International".

Dzisiejszy koncert w Warszawie to wasza pierwsza wizyta w Polsce i zamiast na Zamek Królewski, do Pałacu Kultury albo na pierogi, trafiliście do Hard Rock Cafe. Koncert za nami, jakie są wasze wrażenia?

[Damon] Jesteśmy naprawdę zadowoleni z odbioru i reakcji. Ludzie sprawiali wrażenie zadowolonych, tańczyli, bawiliśmy się świetnie.

Miło to słyszeć, szczególnie, że nie jesteście zbyt znani w Polsce, a publiczność miała dziś, oględnie mówiąc, dość zróżnicowane pojęcie, jaką muzykę gracie. Niedawno ukazał się wasz nowy album, który od poprzednich wydaje się bardziej stonowany, ale też dojrzalszy. Jak wyglądała praca nad nim w porównaniu do wcześniejszych doświadczeń?

[Damon] Najważniejsza różnica w samym przygotowaniu płyty polegała na tym, że cały album nagraliśmy w domu Wayne'a, a on sam był głównym producentem.

[Wayne] Dokładnie. Nagrywaliśmy w piwnicy a miksy zrobiłem w swoim salonie, więc było to bardzo domowe przedsięwzięcie. Nie musieliśmy pracować w studio i dzięki temu mieliśmy znacznie więcej czasu na docieranie się i eksperymenty z piosenkami. Nawet sam proces nagrywania - w tym samym pomieszczeniu, gdzie gramy na co dzień - był bardziej komfortowy. Pozwoliło to na luźną, spokojną pracę i w efekcie uczyniło naszą muzykę bogatszą. W przeszłości, gdy musieliśmy sprężać się płacąc za studio, brakowało nam takiego komfortu i spokoju.

W jakich obszarach ta nowa perspektywa pozwoliła wam na najważniejsze zmiany?

[Tim] Przy ostatniej płycie główne zastrzeżenie ze strony Wayne'a i mojej dotyczyło sekcji rytmicznej, która po nagraniu była niewystarczająco bezpośrednia, namacalna. Również dlatego zdecydowaliśmy się nagrywać w domu, żeby uzyskać mocniejsze i surowsze brzmienie naszych instrumentów.

[Wayne] W międzyczasie otworzyły się możliwości, żeby w oparciu o taką sekcję rytmiczną, konkretne brzmienie basu i gitary, znaleźć przestrzeń dla klawiszy, dodatkowych wokali i tak dalej. Na płycie pojawia się więc wielu gości, śpiewa na nim kilka dziewczyn, słychać też gitarę.

"Heavy International" wydaje się być nieco smutniejszy czy może bardziej gorzki w porównaniu do waszej poprzedniej płyty "Rawar Style". Jakie były główne inspiracje dla tekstów?

[Damon] Moim zdaniem tytuł "Heavy International" oddaje trafnie atmosferę przepełniającą album, a zarazem opisuje pewną ważną cechę dzisiejszego świata. Szczególnie dla osoby mieszkającej w Stanach i starającej się ogarnąć wszystko co nasz rząd wyczyniał przez ostatnie kilka lat, ten tytuł wydaje się wymowny i adekwatny. Dlatego płyta ma bardziej refleksyjny charakter niż wcześniejsza, ale jednak nie brakuje na niej prącej do przodu energii i wierzę, że zbliżając się do końca płyty słuchacz coraz wyraźniej odczuwa jej pozytywne przesłanie. Skoro jednak szereg piosenek poświęcono obrazowi współczesnego świata, to chyba nic dziwnego, że album wyszedł gorzki, przecież dookoła widzimy wiele smutnych zjawisk i wydarzeń.

Natomiast na scenie wręcz musicie zrezygnować z części brzmień składających się na poszczególne utwory i na pierwszy plan wysuwacie energię i dynamikę.

[Damon] W studio staramy się piosenkom nadać wyraz używając dostępnych środków, czyli efektów, delayów, nakładania wokali, dodatkowej perkusji itd., co pozwala na podkreślenie ich nastroju i dynamiki. Słuchając utworu z płyty nie potrzebujesz wizerunku wykonawcy, obrazu osoby fizycznie, faktycznie grającej konkretne partie, w tym tkwi nieusuwalna różnica między muzyką studyjną a koncertową. Na scenie bowiem obowiązują nas z grubsza struktury piosenek, w ramach których mamy jednak wiele swobody, by dotrzeć w inne rejony. Praktycznie każdy z nas posiada pewien obszar swobody na wypróbowanie czegoś nowego. Staramy się, żeby płyty były jak najciekawszym i intrygującym przeżyciem dla słuchacza, zaś na żywo priorytetem jest intensywne i natychmiastowe wrażenie, również wizualne. Oczywiście poszczególne utwory różnią się pod kątem swojej otwartości i przestrzeni do reinterpretacji, ale generalnie sądzę, że rezerwujemy sobie wiele miejsca na kreatywność i poruszanie się z muzyką graną na żywo wokół kontekstu konkretnego koncertu.

[Wayne] Ponieważ jest nas tylko trzech i każdy może generować jedną, dwie kategorie dźwięków, na żywo na pierwszy plan wychodzi surowość muzyki.

Pochodzicie z Chicago, które jest uznawane za jedno z miast o najbardziej prężnej scenie muzycznej w Stanach, która na dodatek ma bogatą tradycję. Jakie waszym zdaniem są najważniejsze czynniki sprawiające, że od kilku dekad mówi się o specyficznym brzmieniu i klimacie muzycznym Chicago?

[Tim] W opiniach na temat Chicago pojawiają się peany pod adresem lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, czy dziewięćdziesiątych, ale dla mnie najważniejsza jest ciągłość zjawiska. Każdego tygodnia możesz zobaczyć kilkanaście doskonałych zespołów grających w najróżniejszej stylistyce, od reggae, przez oryginalne zespoły rockowe po legendy jazzu. Dzieje się naprawdę tak dużo. Ważne jest też, że kluby nie ograniczają się do konkretnych stylistyk i przez to ich bywalcy, w tym sami muzycy, poznają przekrój przez muzykę miasta. Przykładowo Empty Bottle jest takim klubem, gdzie sami często bywamy i gramy. Nawet jeśli oczywiście nie z każdym spotykanym człowiekiem współpracujesz, to same spotkania, rozmowy, słuchanie muzyki, wszystko to jest inspirujące i popycha do tworzenia samemu czegoś nowego. To naprawdę żywe, pulsujące życiem środowisko.

[Damon] Wayne i ja jesteśmy w Chicago od osiemnastu lat, Tim całe swoje życie. W tym czasie wytworzył się krąg związanych z muzyką przyjaciół, którzy nawzajem się słuchają, oglądają koncerty, komentują wzajemnie i po prostu dyskutują o muzyce, przez co twoja twórczość rezonuje w bezpośredniej bliskości. To jest bardzo ważne - nie tyle nawet, że muzyka grana przez innych wpływa na twoją własną, ale fizyczne sąsiedztwo, codzienna styczność czy to przy robieniu muzyki, czy w wypadach do kina, to wszystko zachęca do bycia kreatywnym, stawianiu sobie wyzwań. Ostatecznie, wychodząc z nowym pomysłem na światło dzienne otrzymujesz natychmiast informację zwrotną od osób, które cenisz, ponieważ wszyscy wizytują się nawzajem na koncertach. W tym świetle Chicago jest bardzo inspirującym miejscem.

Czy w tym tyglu jesteście zaangażowani w inne projekty? Tim, Ty grasz również w wielu projektach jazzowych i kiedyś już gościliśmy Cię w Polsce, ostatnio z Pop Pop Pop. A wy panowie?

[Damon] Rzeczywiście Tim niemal bez przerwy gdzieś gra, natomiast ja sam nie mam żadnej innej konkretnej formacji, raczej współpracuję nagrywając wokale albo robiąc oprawę graficzną płyt, szczególnie takiej pracy mam sporo.

Faktycznie, projektowałeś okładki waszych płyt, a także znanym w Polsce At the Drive-In.

[Wayne] Mam elektroniczny projekt na boku, pomagam jako basista kilku składom, ale też nagrywam i miksuję płyty. Ostatnio pracowałem na przykład nad nowym albumem The Watchers.

[Damon] Który jest świetny i szczerze go polecam twoim czytelnikom, nosi tytuł "Vampire Driver" i niedługo ukaże się w wytwórni Gern Blandsted. Tak na marginesie, drugą mniej znaną kapelą z Chicago, na którą warto zwrócić uwagę jest The Jai-Alai Savant, których płytę "Flight Of The Bass Delegate" wydał City Slang.

[Wayne] Wiesz, jest jeszcze jedna interesująca kwestia ważna dla zrozumienia sceny Chicago. Ludzie są bardzo otwarci w udostępnianiu sobie nawzajem sprzętu, miejsc do grania i poświęcaniu czasu innym. Przez lata odkryłem, że w innych miastach wcale tak nie jest, nie wszędzie normą jest pożyczenie mikrofonu wartego 1000 dolarów. W Chicago zarówno artyści, jak i osoby zajmujące się techniczną stroną muzyki są ze sobą blisko i podchodzą do siebie z otwartością, naprawdę sobie pomagając.

W Warszawie obecnie niestety o takiej prężnej scenie nie można mówić, ale jeśli kiedykolwiek ona istniała, to chyba jedynie w latach osiemdziesiątych, kiedy warszawskie zespoły rzeczywiście powiązane były siecią relacji nie tylko personalnych, ale także dzieleniem sprzętu i wsparciem technicznym. Oczywiście nie mówimy tutaj o mikrofonach za kosmiczne pieniądze, raczej o umiejętnym wykorzystywaniu pewnego minimum, ale prawidłowość jest ta sama.

[Wayne] Może komunizm powinien wrócić, żeby ożywić scenę muzyczną. [śmiech]

Dzięki, wolę wierzyć, że teraz obserwujemy okres przejściowy i uda się analogiczną scenę stworzyć z zupełnie innej perspektywy i przy następnej waszej wizycie w Polsce będziemy już rozmawiali w nieco innym tonie.

[Piotr Lewandowski]