polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
LOU RHODES Beloved One

LOU RHODES
Beloved One

Pisząc o tej płycie trudno uniknąć słowa rozczarowanie. W końcu przez prawie dziesięć lat Lou Rhodes zachwycała swoim głosem w utworach wywodzących się spod szyldu Lamb. Niektóre z nich zasłużenie będą zaliczane do grona tych ponadczasowych i niepowtarzalnych. Właściwie cały ich debiutancki album z 1996 roku, z wyśmienitym "Gorecki" na czele, mógłby do tego grona pretendować i wcale nie wybrzmiewa w tym szacunek dla twórczości Henryka Mikołaja Góreckiego. Trudno też oprzeć się magii chociażby utworu "Gabriel". Jednak po wydaniu "Between Darkness And Wonder" drogi tworzących Lamb Andy'ego i Lou rozeszły się - ponoć zdecydowały o tym narastające nieporozumienia i kłótnie dotyczące sposobu widzenia muzyki i dalszego kierunku rozwoju. Jeśli dodać do tego zbieżne w czasie rozejście się Lou ze swoim mężem, można powiedzieć, że stanęła ona na początku zupełnie nowej drogi. Pamiętając zaś o pokładach emocji, które zawsze przekazywała w swoim śpiewie, mogliśmy się spodziewać, że prędzej czy później wydarzenia te znajdą odzwierciedlenie w muzyce.

"Beloved One" ukazała się w specjalnie dla tego celu założonej wytwórni Infinite Bloom. Muzyka zawarta na płycie może być dużym zaskoczeniem, dla tych którzy spodziewali się kontynuacji Lamba. Jednakże jeśli jednym z głównych powodów ich rozpadu były różne wizje tworzenia muzyki, nie było trudnością przewidzenie, że będzie to coś zupełnie innego. I rzeczywiście, na płycie nie uświadczymy ani chwili elektronicznych dźwięków, zaś zawładnęły nią akustyczne brzmienia gitary, smyczków czy rozmaitych perkusjonaliów. Można powiedzieć, że stanowi ona bardzo wyraźny krok w stronę folku. Jest to potencjalnie bardzo interesujący ruch, jednak czy udany? Moim zdaniem nie, a główną tego przyczyną jest uderzająca słabość kompozycyjna. W przeważającej części albumu słyszymy utwory oparte na kilku oszczędnych akordach gitarowych, od czasu do czasu urozmaiconych pociągnięciem smyczka czy pojawieniem się etnicznego rytmu. Sprawia to wrażenie jakby muzyka miała nie przeszkadzać śpiewowi Lou. Od tej strony jest bardzo znajomo - znów słyszymy nasycony emocjami głos, który momentalnie potrafi przeobrazić się z łagodnego aksamitu w drapiącą zadziorność. Niestety, nawet on, bazując na kilku prostych akordach, kilku powtarzanych w nieskończoność dźwiękach nie jest w stanie przykuć na dłużej. Płyta jest niezwykle monotonna i nawet po kilku przesłuchaniach trudno odróżnić poszczególne utwory. A przecież to właśnie różnorodność była jednym z największych atutów Lamb, który potrafił przeskakiwać od nostalgicznych, inspirowanych muzyką poważną ballad do elektronicznych, pulsujących utworów. 'Beloved One" sprawia wrażenie napisanej na kolanie, tym bardziej gdy słucha ją ktoś kto kiedykolwiek miał w ręku gitarę i próbował coś tworzyć. Nawet wspaniały głos Lou nie jest w stanie tego uratować, dlatego, w odróżnieniu od Lamb, nie ma szans pozostać w pamięci na dłużej niż kilka dni. Jeśli Lou Rhodes chce powrócić do muzycznej niepowtarzalności, na przyszłość będzie musiała się dużo bardziej postarać.

[Aleksander Kobyłka]