polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
GRANDADDY Just Like The Fambly Cat

GRANDADDY
Just Like The Fambly Cat

Pożegnalny album drugoligowej kapeli z kalifornijskiego zadupia. Przez niemal 15 lat próbowali awansować do alternatywnej ekstraklasy, ale niestety jakoś nic z tego nie wyszło. Trzeba im jednak przyznać, że w podziwu godny sposób posprzątali swój plac zabaw i na do widzenia zafundowali nam jeden z najlepszych albumów w swojej dyskografii.

Cóż, wszystko co najlepsze pokazali już na swym najlepiej przyjętym albumie sprzed 6 lat "The Sophtware Slump", który swym bezdennie melancholijnym zacięciem mógł równać się z dziejowym "OK Computer" Radiohead. Progresywny sznyt wyżłobiony w solidnej, gitarowej formie, doprawiony szczyptą przesterów i zaprawiony smutnymi, balladowymi wkrętami plus teksty o nawalonych i popsutych robotach. Prawda, że oryginalne? Ale to nie wszystko! Doszły do tego jeszcze space'owe klawisze, odgłosy natury i jakby przestraszony, chłopięcy wokal Jasona Lytle. Doprawdy mieli wystarczająco wiele atutów aby się jednak przebić i zagadką pozostanie dla mnie fakt, dlaczego im się nie udało (byli zbyt amerykańscy? zbyt prowincjonalni? mieli za długie brody i nadwagę?).

"Just Like The Fambly Cat" to swoiste "the best of", zebrane do kupy wszystkie najlepsze momenty ze swojej kariery: czady ("Jeez Louise"), typowe dla nich przeboje (" Rear View Mirror"), nastrojowe przerywniki ("Oxygen / Aux Send"), piosenki z podbiciem elektronicznej perkusji ("Elevate Myself "), space'owe odloty ("Summer...It's Gone"), epickie opowieści ("Guide Down Denied"), akustyczne perełki ("Campershell Dreams") a nawet punkowe przypierdy ("50%"). Wszystkie te piosenki spięte są klamrą własnego, niepowtarzalnego brzmienia, co sprawia, iż dla niewtajemniczonych całość stanowi znakomitą zachęte do poznania ich całego dorobku.

Kilka lat temu widziałem ich występ na jednym z niemieckich festiwali. Grupa po sukcesie "The Sophtware Slump" była wówczas na fali wznoszącej, zaś niebawem miał się ukazać (rozczarowujący jak się później okazało) album "Sumday". Pamietam, że dali świetny koncert, pamiętam szał pod sceną, pamiętam, że pomyślałem sobie "cholera, toż to drugie Pixies!", pamietam także uśmiech obsługującego gitarę, klawisze i mikrofon Jasona Lytle. Taki od ucha do ucha. I tak ich właśnie zapamiętam. Wszyscy przecież kochają szczęśliwe zakończenia.

[Marcin Jaśkowiak]