polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
SICKOAKES Seawards

SICKOAKES
Seawards

Słowa-klucze, którymi co niektórzy recenzenci lubią operować, by ułatwić sobie zadanie, mają bardzo istotną właściwość - są niezwykle pojemne, a zarazem zupełnie nic nie mówiące. Przeżywają swoje pięć minut sławy, z upodobaniem używane są do szufladkowania dziesiątek grup i ich albumów, tak naprawdę zupełnie nic nie znaczą. Takim wytrychem był i zapewne nadal jest termin post-rock, a kolejną jego ofiarą, zespół Sickoakes. Pochodzi on ze Szwecji, składa się z sześciu muzyków, którzy po kilku nieoficjalnych cd-r`ach rozprowadzanych drogą internetową, wreszcie wydali swój debiutancki, oficjalny longplej. Czytając o nim można natrafić na szumne porównania do Mogwai`a, Explosions in the Sky etc, wzbogacane gęstym stosowaniem wyżej wspomnianego terminu. Oczywiście, co zrozumiałe, trzeba się jakoś rozreklamować, najlepiej nawiązując do najlepszych/najbardziej znanych, jednakże w tym przypadku, porównania te są mocno krzywdzące. Pomimo iż na "Seawards" znajduje się kilka utworów, których przeciętna długość przekracza dziesięć minut, Szwedom udało się uniknąć pułapki schematu cicho-głośno-cicho. Stanowią one raczej wydłużone dźwiękowe przestrzenie, wypełnione zapętlonymi gitarami. Nie musi się w nich zbyt wiele dziać, jednak w zadziwiający sposób intrygują, a o zupełnie oryginalnym brzmieniu stanowi regularne użycie saksofonu, trąbki czy akordeonu. Co najważniejsze, słuchając ich nie ma się wrażenia irytującego narastania napięcia, które musi osiągnąć swoje apogeum, by następnie się rozładować. Poszczególne przestrzenie płyną, zastępują się, trwają. Przykuwają uwagę bez natrętnego angażowania emocji. Jeśli trzeba by już mówić o jakiejś kulminacji, to występuje coś na jej wzór w opus magnum tej płyty, dwuczęściowym utworze "Wedding rings & bullets in the same golden shrine". Kłopot w tym, że występuje ona dwukrotnie. Całość zanurzona jest rzecz jasna w iście skandynawskiej mieszaninie nostalgii i słodyczy oraz w obowiązkowych oparach delayów. Szwedom z Sickoakes udało się stworzyć swoisty styl zmagania się z długą formą, z którym zdecydowanie warto się zapoznać. A że wrzucanie ich do jednego wora z napisem post-rock jest sporym nadużyciem, to już zupełnie inna sprawa.

[Aleksander Kobyłka]