polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
MONO You are there

MONO
You are there

Od niemalże dwóch lat głównym skojarzeniem, które przychodzi mi na myśl, gdy słyszę słowo "mono" (niekoniecznie w opozycji do stereo), jest niekończący się, bezsensowny hałas. Wynika to z jakże trwale zapisanego w mej pamięci wspomnienia z koncertu zespołu Mono, jaki odbył się w 2004 roku w nieodżałowanym warszawskim Jazzgocie. Utrwalenie było bardzo solidne, jako że nastąpiło poprzez unikatowe połączenie, nomen omen, monotonnego, schematycznego przechodzenia od delikatnych dźwięków do niemiłosiernego hałasu z długotrwałym, kilkudniowym piskiem w uszach. Jednym słowem, było to wrażenie niezapomniane.

Po tej dość długiej przerwie, dzięki wrodzonym zdolnościom regeneracyjnym organizmu oraz niezaspokojonej ciekawości, poczułem, iż jestem gotów, by ponownie zmierzyć się z dźwiękami serwowanymi przez Japończyków, tym razem w dużo bezpieczniejszych warunkach, gdyż pochodzącymi prosto z najnowszej płyty "You are there". Dając im dwa lata na doszlifowanie formy i wzbogacenie pomysłów, nie liczyłem wszakże na gruntowne odejście od dawnego stylu - pewne zespoły nie zmieniają się nigdy. Miałem jednak nadzieję, że wyzwolą się od dość trafnej opinii, iż mają brzmienie, lecz nie tworzą utworów. Niestety, pomimo wprowadzenia pewnych modyfikujących elementów, Mono ponownie zamyka się w coraz bardziej już oklepanym schemacie. Nawet jeśli pierwsze minuty sugerują, że jest inaczej, jeśli pierwsze przesłuchanie może zrobić niezłe wrażenie, to powracanie do tej płyty staje się zwyczajnie nudne. Nie jest żadnym zaskoczeniem, że Mono balansuje między delikatnością i spokojnymi dźwiękami a wybuchem nieokiełznanej, gitarowej energii. Tym razem wyraźnie przechyla się w pierwszą stronę, akcentując budowanie spokojnych melodii i nastroju, w który z rzadka wrzuca hałaśliwe partie. Robią to dość umiejętnie, czego nie można im odmówić, jednakże rezultaty są zatrważająco wtórne. Co z tego, że melodie są ładne, skoro zadziwiająco przypominają setki innych. Co z tego, że wykorzystują klimatyczne smyczki, skoro nie dodają one żadnej treści. I wreszcie jak długo można słuchać utworów, w których przez dziesięć minut pojawiają się coraz to nowe gitarowe melodyjki wędrujące wraz z echem, by na kilka minut zamienić się w odurzający hałas, a następnie w kolejne kilka minut uspokajania skołatanych nerwów. Poprzestając tylko na tym schemacie, nawet najbardziej wyszukane budowanie nastroju stanie się męczącą kalką. Niestety Mono nie oferuje żadnych nowych, oryginalnych pomysłów ponad to, dlatego ich nowa płyta jest skazana na zapomnienie w towarzystwie wielu jej podobnych.

[Aleksander Kobyłka]