polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ROSETTA Galilean Satellites

ROSETTA
Galilean Satellites

Uwaga! Będzie do bólu subiektywnie. Rosetta to zdecydowanie debiut (o ile nie najlepszy album) gitarowy 2005 roku. Już pierwsze wersje nagrań z ich demo po prostu zabijają, ale dla czwórki małolatów z Filadelfii to było za mało. Cztery miesiące walki w studio dały efekt genialnego krążka. Całość po prostu miażdży. Nie ma dłużyzn, nie ma słabych momentów, zbędnych dźwięków. Przy średniej długości kawałków przekraczających 10 minut to nie byle jakie osiągnięcie. Wspaniałe riffy, świetne melodie, idealnie pasujący wokal, jednym słowem absolut. Naprawdę to jeden z najciekawszych nowych zespołów ostatnich lat. Rosetta już na swoim debiucie osiągnęła to na co Cult of Luna potrzebowała trzech płyt. "Galilean Satellites" to album tak samo miażdżący jak "Salvation" Aż się boję prorokować co zespół zaproponują na kolejnych wydawnictwach.

Debiutancki album składa się z dwóch krążków. Jeden z właściwą porcją muzyki, drugi z ambientową zawartością. Puszczone razem współgrają, tworząc jedną, maksymalnie wypełnioną dźwiękami całość. Można ich oskarżać o skopiowanie pomysłu Neurosis, można ich winić za wykorzystywanie patentów czy to Cult of Luna, czy wzorowaniu się na pomysłach marketingowych Isis. Ale po co? "Galilean Satellites" to album absolutny. Fascynacje tymi zespołami nie przyniosły bezmyślnej kopii. Chłopakom udało się połączyć wszystko co najlepsze w tej stylistyce tak, że śmiało należy ich stawiać w tej samej lidze co te trzy wymienione kapele. Wierzcie czy nie. To genialny krążek. Jeden z tych albumów do których będę chciał wracać za 5, 10 czy 40 lat.

[Tomek Jurek]