polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
MEW And the glass handed kites

MEW
And the glass handed kites

Potencjał skandynawskich muzyków jest przeogromny i powszechnie znany. Są oni potęgą w metalu, istotną siłą w jazzie, elektronice czy też kobiecym wokalu, o czym wielokrotnie już pisaliśmy na łamach PopUp`a. Nie jest również tajemnicą, iż bez względu na gatunek tworzonej muzyki, nadają jej bardzo charakterystyczny rys, związany zapewne z mniejszą dawką odbieranych promieni słonecznych. Jednak czy oznacza to, iż są oni w stanie na swój sposób przetworzyć każdy rodzaj muzyki? Okazuje się że tak, czego dowodem jest duński zespół Mew. Istnieje on już prawie od dziesięciu lat, jednakże większy rozgłos zyskał wydając w 2003 roku swój trzeci album Frengers. Znalazło się na nim dziesięć kompozycji, które śmiało można by nazwać gitarowym popem. Jednak Skandynawowie nie byliby sobą, gdyby czegoś nie skomplikowali. Bo jak inaczej nazwać fakt, iż z jednej strony, po pierwszym przesłuchaniu utwory zapadały w pamięć i zostawały tam na długo, a z drugiej obok przebojowych melodii, nie brak było połamanych gitar i rytmów, zanurzonych w typowo ironiczno-melancholijnym północnym sosie. Frengers otrzymała bardzo dobre recenzje, a kiedy ze sporym opóźnieniem dotarła do mojego odtwarzacza, pozostała tam już na długo.

Nagrywając najnowszą płytę, Mew postawił sobie jeszcze ambitniejsze zadanie. Duńczycy postanowili stworzyć jeden długi, prawie godzinny utwór, który dzielić się będzie na kilkanaście powiązanych opowieści. Ich zawartość jest kontynuacją poprzednio obranego stylu - kolażu rozmaitych muzycznych rodzajów spiętych klamrą melodyjności. Sami półżartem mówią o swojej twórczości, iż to niezupełnie koniec świata, ale i niezupełnie karaibska muzyka taneczna. I rzeczywiście, już pierwszy utwór zapowiada, jaka różnorodność panuje na And the glass handed kites. W przeciągu niecałych trzech minut słychać brudne gitary, połamane rytmy, fortepian, przebijającą chwytliwą melodię i przeciągłe głosy. A to wszystko zawarte jest w jedynie krótkim, instrumentalnym wstępie do płyty. W przeciwieństwie do Frengers, jej pierwsze przesłuchanie pozostawia wrażenie olbrzymiego chaosu. Niby ma być to jedna, długa kompozycja, a można w niej odnaleźć niemalże wszystko. Muzycy miotają się między gitarowymi piosenkami a połamanymi rytmami, ckliwymi balladami a energetycznymi utworami, pomiędzy wpadającymi w ucho melodiami a ścianą brudnego dźwięku, potrafią przez minutę rozwijać rozbudowane wokalne harmonie, by jednym cięciem zamienić je w mroczny szum. Pomimo ewidentnie popowego charakteru trudno jest wychwycić prosty piosenkowy schemat. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem jest gościnny udział J Mascis`a, znanego m.in. z grupy Dinosaur Jr., który swoim ciepłym, chrypiącym głosem doskonale kontrastuje z wysokimi wokalami Duńczyków. Z czasem, każde kolejne przesłuchanie przynosi coraz więcej jasności, a poszczególne elementy układanki zaczynają się składać w intrygującą całość. Z pojedynczych, quasipopowych utworów wyłania się pełna zaskakujących zwrotów akcji kompletna opowieść o strachu przed życiem. Dzięki tym nieustannym zmianom, And the glass handed kites bardzo powoli odsłania swoje tajemnice, a Mew ponownie z sukcesem wymyka się banalnej melodyjności. Bo nawet, gdy poznać już jej wszystkie tajemnice, pozostaje jeszcze wiele motywów, które na długo pozostają w pamięci.

[Aleksander Kobyłka]