polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ECHO & THE BUNNYMEN  Siberia

ECHO & THE BUNNYMEN
Siberia

Echo & the Bunnymen nigdy się jakoś specjalnie nie przyjął w naszym kraju. W pierwszej połowie lat 80-tych był to jednak jeden z najbardziej wpływowych zespołów na niezależnej brytyjskiej scenie, nie ustępujący w niczym The Cure, Joy Division czy choćby The Smiths. Co najmniej kilka albumów ("Heaven Up Here", "Porcupine" i "Ocean Rain") jest porywająco świeżych i godnych polecenia nawet 20 lat później. Muzyka zespołu, będąca fuzją post-punka i mrocznej psychodelii inspirowanej przez The Doors, stanowi do dziś prawdziwą klasykę tamtych nowofalowych czasów.

Powodem, dla którego nasz kraj pozostał obojętny na urok Echo & the Bunnymen był chyba burzliwy bieg histori zespołu. Grupa nie rozpadła się bowiem na dobre i nie obrosła legendą (jak The Smiths), ale z drugiej strony nie kontynuowała też nieustannie swojej kariery (jak The Cure). Stało się jeszcze inaczej. Pod koniec lat 80-tych wokalista Ian McCulloch opuścił grupę i rozpoczął karierę solową, zaś reszta zespołu wraz z Noelem Burke przy mikrofonie nagrała nieudany album "Reverberation". Słabe przyjęcie solowych i zespołowych nagrań The Bunnymen oraz tragiczna śmierć perkusisty Pete'a de Freitasa pogodziła w końcu obie zwaśnione strony. Ian McCulloch i Will Sergeant zamiast reaktywować dawny zespół zaskoczyli jednak wszystkich przyjmując nazwę Electrafixion. Niestety, nagrali kolejną źle przyjętą płytę i przepadli (ich błędy powtarza ostatnio Suede, którzy wrócili pod nazwą The Tears). Wobec tego zdecydowano się na odkurzenie starej nazwy i po dokoptowaniu oryginalnego basisty Lesa Pattinsona Echo & the Bunnymen powróciło w 1997 r. płytą "Evergreen".

Najnowsze dzieło zespołu, podobnie jak wszystkie nagrane od czasu reaktywacji płyty, powtarza niestety wciąż ten sam grzech: jest skażone brit-popowym wirusem, co objawia się przez melodyjną ckliwość i banał, który z kolei nie sprzyja w wytworzeniu tego charakterystycznego, mrocznego klimatu znanego ze starszych płyt. Jak słyszę w wykonaniu TAKIEGO zespołu pop-rockowe, schematyczne koszmarki w typie "Everything Kills You", "Sideways Eight" lub tragicznego "What If We Are?", to aż mi się nóż w kieszeni otwiera. Trzy w miarę dobre utwory: "Parthenon Driver" i " Scissors In The Sand" (nareszcie podkręcili tempo i zagrali z dawnym zadziorem) oraz "All Because Of You Days" (świetna melodia, choć utwór na kilometr zajeżdża U2) nie uratują tej płyty. Pozostaje zatem po raz kolejny zadać pytanie o sens tego powrotu, a zniechęconych tą recenzją zaprosić do zapoznania się ze starszymi nagraniami zespołu. Właśnie pokazały się w sklepach reedycje klasycznych płyt z lat 80-tych. Na "Siberie" zaś szkoda czasu.

[Marcin Jaśkowiak]