polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
COCTEAU TWINS  Lullabies to Violaine

COCTEAU TWINS
Lullabies to Violaine

Robin Guthrie, gitarzysta Cocteau Twins nie ukrywa, że bardzo chętnie reaktywowałby nieistniejący już od 8 lat zespół, ale na przeszkodzie niezmiennie stoi wokalistka i jego była partnerka Elizabeth Fraser. W ubiegłym roku wydawało się, że dawne nieporozumienia poszły w niepamięć, zapowiedziano bowiem pierwszy od wielu lat koncert na prestiżowym festiwalu Coachella w USA. Jednak i tym razem Liz postawiła swoje veto. Chyba nieprędko, a może już nigdy nie doczekamy się więc powrotu jednej z ikon klimatycznego grania lat 80-tych, nagrywającej dla kultowego, brytyjskiego labela 4AD.

Na osłodę otrzymaliśmy jednak wspaniały prezent - zbiór wszystkich singli i EPek z całej kariery zespołu. Zgrzebnie wydany czteropłytowy box, z okładką wykonaną z delikatnego (czerpanego?) papieru, prezentuje się nader oryginalnie. W przypadku tego zespołu koniecznie należy wspomnieć o specyficznej polityce wydawania singli. W większości tego typu wydawnictw chodzi bowiem o promocję płyty z której pochodzi lub którą pilotuje. Dla Cocteau Twins były to zaś integralne i zamknięte wydawnictwa, na których niezmiernie rzadko pojawiały się piosenki z regularnych płyt. Podobnym podejściem charakteryzowały się choćby single Sisters of Mercy, New Order, The Smiths i Morrisseya, czy w mniejszym stopniu The Cure, Siouxie and the Banshees, Radiohead, Suede i Manic Street Preachers.

Opisywać po kolei 59 utworów z 16 singli nie ma sensu. Ogromna większość z nich wręcz powinna trafić na regularne płyty zespołu. Dlatego dla fanów ta pozycja jest obowiązkowa. Gołym uchem słychać, że najlepsze rzeczy zespół robił w latach 80-tych i dokumentują to niezbicie 2 pierwsze dyski tego zestawu. Początkowo kapela brzmiała bardzo surowo (tylko gitara, bas i automat), wręcz zahaczała momentami o Joy Division (jak w "Feathers-Oar-Blade"). Kolejne nagrania ukazują stopniowe przeobrażenie grupy, która lekko tajemniczy klimat pożeniła z dream-popowym wdziękiem i coraz bardziej melizmatycznym, uduchowionym śpiewem Elizabeth Fraser. Choć, kiedy chcieli to nadal potrafili zagrać surowo i głośno (znakomite "The Spangle Maker" i "Rococo"). Zamykający drugi dysk singiel "Iceblink Luck" to już łabędzi śpiew zespołu, którym po wydaniu zaskakująco dobrego i melodyjnego albumu "Heaven or Las Vegas" pożegnał się z 4AD. Nagrane w następnej dekadzie dla dużych wytwórni płyty, były już mniej ekscytujące. Piosenki, które znalazły się na pozostałych dyskach są nadal bardzo urokliwe i czarujące charakterystyczną dla Bliźniaków atmosferą, ale są też świadectwem wyczerpania się formuły takiego grania. Z piosenek ulotniły się gdzieś odrealnione melodie i zamazany klimat. Bardziej akustyczne granie nie pomogło grupie, bo i kompozycje już jakby nie te. Po latach słucha się tego jednak znacznie lepiej. Życzyłbym sobie obecnie więcej tak "słabych" nagrań. Może to i nostalgia, ale teraz już nikt tak nie gra.

[Marcin Jaśkowiak]