polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
SIMPLE MINDS  Black & White 050505

SIMPLE MINDS
Black & White 050505

Dziwnie ułożyły się losy tego szkockiego bandu. Przez cały okres ich kariery porównywano ich z U2 (dawali zresztą ku temu nieraz powody) ale nie da się ukryć, iż co najmniej dwoma płytami zapisali się na trwałe w historii rocka. Mam tu na myśli płyty "Sparkle In The Rain" (który był odpowiedzią na "War" i zwrotem w kierunku dynamicznych, gitarowych pieśni) oraz znakomity "Street Fighting Years" (ichniejszy odpowiednik "The Joshua Tree", równie dobry, choć nie tak przebojowy). W latach 80-tych należeli do ścisłej światowej czołówki i wypełniali stadiony. Niestety lata 90-te to kompletna katastrofa - seria słabszych albumów zepchnęła zespół na margines. Próbą wyjścia poza rockowy szablon była ciekawa, niemal elektroniczna płyta "Néapolis" (znowu się spóźnili i wydali go rok po płycie "Pop" U2) ale poniosła ona spektakularną klapę. Dalej była już tylko równia pochyła: kolejny materiał "Our Secrets Are The Same" odrzuciła ich ówczesna wytwórnia i rozwiązała z zespołem kontrakt. Kolejny label najpierw wolał wypuścić płyte z coverami niż ich nowe piosenki, co wcale nie dziwiło w kontekście wydanej rok później koszmarnej płyty "Cry" (cóż za proroczy tytuł!).

Trzy lata po tym osobliwym horrorze otrzymujemy kolejną płytę, która przywróciła nieco moją nadwątloną wiarę w ten zespół. Przede wszystkim grupa powróciła do swojego charakterystycznego, rockowego brzmienia (zgadnijcie jaki zespół wpadł na to pare lat wcześniej?). Jim Kerr równo szyje na wokalu, Charlie Burchill znakomicie łka na gitarze, a nieoceniony Mel Gaynor wali w bębny z siłą jakiej nie było w ich piosenkach już od dawna. Czyli wszystko wróciło do normy, a raczej do czasów "Sparkle In The Rain" sprzed dwudziestu już lat. Dobrze, że zespół przestał sie wygłupiać z muzyką taneczną i postawił na soczyste, rockowe historie. Chociaż, żeby nie było za słodko to muszę wytknąć nowej płycie brak ewidentnych hitów, bo singlowy "Home" nie jest niestety tak porywający jak ich dawniejsze przeboje. Moimi zdecydowanymi faworytami sa 3 utwory dla których naprawdę warto sięgnąć po ten album: powalający "Stay Visible", który otwiera płytę (riff a la The Edge, perkusja "do przodu", emocjonalny i bardzo ciekawie poprowadzony wokal), utwór tytułowy (mający wszystkie cechy klasycznego przeboju SM, tzn.niebanalną melodie oraz zawodzące partie gitar) oraz zamykający płytę znakomity "Dolphins" (nastrojowy, wciągający i pełen podskórnego piękna utwór - czegóż chcieć więcej na sam koniec!).

Słowem: wrócili w naprawdę dobrym stylu. Obawiam się tylko, iż mało kto czekał na ten powrót. I chyba już na zawsze pozostaną w drugiej lidze dla oldboyów. Dopóki jednak będą nagrywać takie albumy jak "Black & White" mogą sobie grać dalej bez poczucia obciachu, iż rozmieniają dawną sławę na drobne.

[Marcin Jaśkowiak]