polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
A Perfect Circle Thirteenth Step

A Perfect Circle
Thirteenth Step

Szczerze mówiąc nie zazdroszczę muzykom tej kapeli, a szczególnie Billemu Howerdelowi i Maynardowi Keenanowi, sytuacji, w jakiej się znaleźli przygotowując tę płytę, stojąc w obliczu oczekiwań armii słuchaczy i wścibskich krytyków czekających na potknięcie, mających nadzieję, że płyta nie dorówna "Mer de Noms" - debiutowi wydanemu w 2000-ym roku. No i jeszcze to wiszące nad nimi słowo Tool. Z drugiej strony, byłem pewien, że zrealizują album szczery i oddający w pełni aktualny stan ich ducha i psychiki. W przypadku takich grup jak A Perfect Circle, najgorsze co może uczynić fan, to ufać, że jego oczekiwania co do nadchodzącego wydawnictwa się spełnią. Słuchacz bowiem formuje swoje oczekiwania adaptacyjnie i zawsze będzie o krok do tyłu za autentycznymi artystami.
    Ale przejdźmy do sedna. Wkładamy "Thirteenth Step" do odtwarzacza i spędzamy 7 minut z The Package. Już od pierwszego utworu ciężko jakoś tę muzykę zaklasyfikować, formuła zwrotkowo-refrenowa nie daje wystarczającego punktu odniesienia. Po czterech minutach spokojnego, ale nasyconego napięciem grania utwór wybucha pełnią ekspresji, a Maynard wyrzuca z siebie w swoim niezrównanym stylu tekst pełen emocji. Ten utwór, obok The Outsider i Pet, w największym stopniu przypomina debiut zespołu. Od drugiego numeru dostajemy bowiem porcję kompozycji, które wręcz zaskakują swoim spokojem, a właściwie smutkiem i nostalgią. I w sumie stanowią powrót do piosenkowej konwencji. Są wśród nich i bardziej optymistyczne fragmenty, nie one jednak nadają ton płycie. Wystarczy spojrzeć na tytuły: Weak & Powerless, Blue, Vanishing, by dojść do wniosku, że A Perfect Circle skupiają się na ciemnej stronie psychiki i ludzkich doświadczeń. Takie właśnie niewesołe nastroje kreują muzycy. Brzmieniowo płyta jest bardzo dopracowana, delikatna i nawet wyciszona. Chwilami przywodzi na myśl estetykę The Cure. Uczucia przekazywane przez instrumenty spajają się w jedno z pełnymi smutku tekstami Maynarda. Dotyczą one głównie ludzkiej słabości, odczuwanej szczególnie w momentach rozliczeń z przeszłościś, gdy nie można bez poczucia wstydu i znikomości spojrzeć w lustro. Przeziera przez nie jednak wiara w siłę człowieka, który będąc jedynym podmiotem mogącym nadać sens swojemu życiu, jest w stanie się oprzeć wciągającej go czeluści i podnieść głowę w stronę światła. Moim faworytem jest The Noose, utwór, w którym rozpacz krzyczy do nas każdym dźwiękiem i każdym przejmującym wersem tekstu, traktującego o człowieku stojącym w obliczu rozliczenia ze swoimi czynami i zmuszonego do stawienia czoła przeszłości ciążącej niczym kula u nogi. Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy Maynarda, tak nostalgicznie nie śpiewał nigdy do tej pory. Tutaj już nie złość nadaje moc przekazowi, lecz pokorne i pełne nadziei schylenie czoła. O warstwie muzycznej już się rzekło, ale można powtórzyć raz jeszcze, że jest szokująco delikatna i wyzbyta agresji. Kulminacją tej tendencji jest absolutnie już zaskakujące The Nurse Who Loved Me, piosenka autorstwa muzyków grupy Lusk i The Replicants. Utwór kruchy i wrażliwy jak najgłębsze wspomnienia z dzieciństwa.
    Muzycy nagrywając ten album wykazali się dużą odwagą. Nie można go stawiać w jednym rzędzie z "Mer de Noms". Część kompozycji jest nawet banalna, ale nie może być za takie uznana ze względu na wirtuozerię wykonania i dojmującą szczerość tej muzyki. Wysoko cenię płyty, w których wyczuwalne są uczucia i motywacje autorów. Tutaj jest tak w każdej sekundzie, słychać, że wszystko wypływa z wnętrza, ze sfery emocjonalnej muzyków, którzy odkrywają siebie, by wyrazić swe emocje poprzez muzykę. Takie płyty powodują, że człowiek może zyskać nowe spojrzenie na swoje własne emocje i życie. Sztuka po prostu. Jest to album, obok którego z wielu przyczyn nie można przejść obojętnie. Mnie on wręcz zachwyca, polecam go z całego serca i życzę udanego przeżywania.

(Piotr Lewandowski)


A Perfect Circle
"Thirteenth Step"

   Słyszałem już wiele niepochlebnych opinii na temat tego albumu: a to, że wokal Maynarda J.Keenana w ogóle nie brzmi jak wokal Maynarda J.Keenana; a to, że płyta nie przypomina debiutanckiej "Mer De Noms"; a to, że złagodzili brzmienie itd. Coś, co dla jednych jest wadą tej płyty dla innych jest jej zaletą. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy i uważam "Trzynasty Krok" za dzieło nad wyraz udane. Niewątpliwie trafionym posunięciem okazała się wymiana basisty na Jeordie White'a (aka Twiggy Ramirez), który nie ograniczył się do podążania za - świetną skądinąd - perkusją Josha Freese, lecz zaczął wygrywać samodzielne melodie. Również pojawiający się tu i ówdzie wokal Jarboe (znanej przede wszystkim z nowatorskich poczynań nowojorskich Swans) nadaje płycie szczególny, ezoteryczny wymiar. Poza tym są jeszcze świetne, niebanalne melodie wyśpiewane spokojnym, ale nie pozbawionym pasji głosem Keenana i te wszystkie gitarowe pajęczynki i riffy generowane przez mózg zespołu i głównego kompozytora Billy Howerdela. A ciężar? Wciąż jest, wprawdzie w mniejszej dawce niż dotąd, ale jak już się pojawia to zaczynają drżeć ściany. Panowie nie boją się eksperymentów i dali temu wyraz odcinając się zdecydowanie od swych macierzystych kapel. W dodatku pozyskali Jamesa Ihe ze Smashing Pumpkins (nie miał on jednak wpływu na kształt płyty), który swą gitarą nieźle daje czadu podczas koncertów (miałem jakiś czas temu sposobność się o tym przekonać). Fajnie, że są jeszcze takie kapele, które nie boją się dać kopniaka w zgnuśniałe tyłki metalowców. Chłopaki mają jeszcze kontrakt na jedną płytę. Czekam niecierpliwie!

(marcin jaśkowiak)

[Piotr Lewandowski, Marcin Jaśkowiak]