polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Dour Festival 2003
Dour | Belgia | 10-13.07.03

Pełna nazwa tego festiwalu, Belgian Alternative Music Event, jest w 100 procentach adekwatna: spektrum prezentowanej muzyki jest naprawdę szerokie, a dobór wykonawców - idealny. Praktycznie o każdej porze można odnaleźć coś godnego uwagi. Dour Festival to dwie duże otwarte sceny i cztery namioty (każdy mieszczący około dwa tysiące widzów), wysoki poziom realizacji technicznej, całe mnóstwo atrakcji oraz w miarę przystępna cena - 70 euro za 4 dni wraz z kempingiem. To wszystko sprawia, że Dour Festival był przeżyciem niesamowicie intensywnym i nieporównywalnym z innymi doświadczeniami muzycznymi, a do tego dosyć niedrogim. Sami organizatorzy byli zaskoczeni ilością widzów - na kempingu było 25 tysięcy osób, a przez cały festiwal przewinęło się 110 tysięcy. Oczywiście można by się czepiać pewnych niedociągnięć organizacyjnych, ale absolutnie nie to jest moim celem; zatem przejdźmy do meritum.

Czwartek

Miał być rozgrzewką przed weekendem, główna scena nie była jeszcze gotowa. W dwóch namiotach grali tylko didżeje, prezentujący głównie housowe brzmienia. Jedynym, który tego wieczoru przyciągnął naszą uwagę był Alec Empire. Zaczął swój set dopiero po 22, ale i tak udało mu się po brzegi wypełnić ludźmi pustawy wcześniej namiot o wdzięcznej nazwie Le Petite Maison de la Praire (Mały domek na łące). Tym razem muzyka lidera ATR nie przypominała tego, co zawierają jego płyty. Stojąc w strumieniach ostrego światła Alec podawał kolejne dawki ciężkiego, walącego w uszy zgrzytu i pisku. Niewiele bitów, dużo przestrzennych plam dźwiękowych i przeciągłych huków, groza i niepokój unosząca się w powietrzu. Z każdą minutą kolejne kawalkady dźwięków potęgowały klimat destrukcji i zniszczenia.

Główną atrakcją czwartku był występ Soulfly, którzy zagrali o 22 – czyli w Belgii o zmierzchu. Warunki na występ pod gołym niebem były wręcz idealne. Scena wielgachna, za zespołem rozwieszone flagi z sylabą om i tribalowym logo kapeli. Cavalera od początku pełen energii, reszta kapeli też nie pozostawała w tyle, ale brzmienie nie zachwycało. Później było trochę lepiej, ale wciąż bez rewelacji - szczególnie w porównaniu z bardzo wysokim poziomem realizacji pozostałych imprez festiwalu. Wynagrodziły to wyjątkowe festiwalowe sytuacje, które rzadko można doświadczyć na normalnej trasie – najpierw na Bleed z przejściem na Tree of Pain do zespołu dołączył przybrany syn Cavalery Ritchie. W międzyczasie zdążyło się zrobić ciemno i całkiem gorąco. Poźniej z Quilombo przeszli do Exodus Boba Marleya - patent chyba często przez nich prezentowany, bo znalazł się nawet na płycie. Kolejny kawałek to Tribe, do którego intro po portugalsku, dotyczące indiańskiego rewolucjonisty z Brazylii imieniem Zumbi, odśpiewuje nic nie rozumiejąca publika, przy aktywnym udziale także i naszej wycieczki. Nastrój robi się wręcz bojowy. Po Fire zespół na chwilę znika. Słychać jedynie perkusję. Po chwili pozostali muzycy dołączają uzbrojeni w bębny. To właśnie miałem na myśli oczekując od nich czegoś więcej niż na koncertach w zamkniętych salach. Nie zabrakło też Sepultury w postaci: Roots Bloody Roots oraz wiązanki Arise/Dead Embryonic Cell. Zaraz potem kolejna niespodzianka - tym razem naprawdę duża. Soulfly gra z punkowym zacięciem Territorial Pissing Nirvany. Gdzieś w międzyczasie był jeszcze fragment utworu Headup, nagranego swego czasu przez Maxa razem z Deftones. Na koniec głównej części koncertu mamy przebój, czyli Back to the Primitive i kapela znika ze sceny. Wychodzi jeszcze na 2 bisy - Prophet i Eye for an Eye. Jak widać, Soulfly zagrali zaskakująco dużo utworów ze swojego debiutu i tylko dwa (i pół) z ostatniej płyty. Zestaw utworów różnił się mocno od tego na ostatnim występie w Polsce. Cavalera po raz kolejny udowodnił, że jest zwierzęciem koncertowym i że jak mało kto potrafi porwać fanów.

Wcześniej grało sporo francuskich i belgijskich zespoły, których wcześniej nie słyszałem i największą uwagę zwróciłem na Dionysos z Francji. Wizerunkiem i brzmieniem przypominali The (International) Noise Conspiracy - energiczne granie gitarowe z męskim i damskim wokalem, do tego różnorodne instrumentarium - skrzypce, harmonijka ustna, kontrabas na zmianę z basem a nawet decki. W ich muzyce unosił się duch piosenki francuskiej, czasami przetasowany ze spokojniejszym utworem w stylu wczesnego Radiohead. Jednak głównie było to dobre, energiczne granie. Ich występ pochłonął mnie na tyle, że odpuściłem sobie początek występu Jimi Tenor Big Band, grającego w namiocie o nazwie Pop Bitch Zone. Nazwa zobowiązuje, więc Jimi gra teraz z prawie dziesięcioosobowym zespołem. On sam oczywiście śpiewa, gra na klawiszach i saksofonie. Do tego perkusja, gitary i mrowie dęciaków. Ze starego wizerunku Jimiego i jego "lekko" kiczowatej elektroniki nie zostało już nic oprócz kiczu, bo jak inaczej nazwać srebrne pelerynki muzyków i ich niebieskie, obcisłe kostiumy. Muzyka „śmiertelnie poważna”, o tekstach nie wspominając. Pierwszorzędna gra konwencją i świetna zabawa. Zwieńczeniem czwartku był Herbaliser, jako 10-osobowy skład wyposażony w instrumentarium idealne do grania taneczno-relaksującej muzyki. Pierwszorzędne skrecze, klawisze, żywa perkusja, bas i bębny, a do tego rozbudowana, czteroelementowa sekcja dęta serwowały muzykę przywodzącą na myśl Stereo MC's oraz Coldcut, podprawioną jazzem, azjatyckim sosem.

Piątek

Był już pełnoprawnym dniem festiwalowym, muzyka rozbrzmiewała od trzynastej. Oczywiście program na poszczególnych scenach różnił się gatunkowo. Na głównej Last Arena mieliśmy ciężką muzykę gitarową, na drugiej z otwartych scen grano głównie ska. W Pop Bitch Zone występowały przede wszystkim kapele z Francji, przeważnie rockowe - ale w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa. W namiocie zwanym Canibal Blue Stage był dzień hard- core'a i punka w stylu UK Subs i Agnostic Front. W Le Petite Maison de la Praire był dub, a w Magic Tent grali didżeje.

Już o 14:20 na Last Arena zagrali Raging Speedhorn, zespół, który nie przeciera nowych szlaków, ale na scenie jest w swoim żywiole. Ich koncert zrobił naprawdę dobre wrażenie, show był ciekawszy niż późniejsze koncerty na tej scenie, na których długo nie wytrzymałem - Clawfinger, Prong, Biohazard.

Pod znakiem ska minął dzień na The Red Frequency. Zaliczyłem tam dwa koncerty: Babylon Circus i Fishbone. Ci pierwsi to, sądząc po tłumie pod sceną i tym co mówili tubylcy, jedna z bardziej popularnych kapel ska we Francji. W ich graniu dały się słyszeć elementy muzyki cygańskiej, czasami wręcz cyrkowej. Sceniczny image był się w podobnym stylu. I gwoli uczciwości - właśnie, gdy odchodzili od standardowego ska na rzecz tych inspiracji, grali najciekawiej. Fishbone było dla mnie jednym z głównych wydarzeń tego dnia. Wrzucono ich na scenę ska i chyba pod tym kątem dobrali repertuar. Tylko jeden utwór, wieńczący koncert, był cięższy. Trochę zabrakło mi gitarowego uderzenia (z kultowej płyty "Give the monkey a brain and he'll swear he is the center of the universe" nie zagrali nic), niemniej jednak zagrali pierwszorzędnie, dowodzeni przez Angelo Moore'a szalejącego z laseczką po scenie, śpiewającego na ramionach publiczności.

W Canibal Blue Stage grały kapele hard-core'owe, z których interesowała mnie tylko jedna - 25 TA Life ze Stanów. Główna postać zespołu to wokalista imieniem Rick - dwumetrowy drab z dredami do pasa. Bardziej ryczący niż śpiewający teksty o typowo punkowej tematyce, z których, gdyby nie komentarze między utworami, nie sposób cokolwiek zrozumieć. Do tego dwie gitary i świetny perkusista. Ich muzyka to nic skomplikowanego. Urok tkwi w sile i ciągłym, bezkompromisowym napieprzaniu. Występ 25 TA Life potwierdził jeszcze dużą zaletę festiwalu w Dour, o której już wspomniałem: bez względu na to kto i o jakiej porze grał, poziom realizacji technicznej i nagłośnienia był zawsze rewelacyjny. Koncerty nieznanych belgijskich grup o godzinie piętnastej były lepiej nagłośnione niż większość "dużych" koncertów w Polsce (np. w Stodole). To samo dotyczy świateł. Założę się, że gdybym widział 25 TA Life gdzieś w Polsce, to w pamięci zostałby mi jedynie hałas i ściana łomoczącego basu, a nie dobrze, soczyście brzmiący hard-core.

W Pop Bitch Zone rozbrzmiewała tego dnia muzyka gitarowa, wyróżnił się zespół Lab. Dwie gitary, bas, perkusja i klawisze, wokale pojawiały się sporadycznie. Sekcja rytmiczna typowo dubowa, gitara momentami też, ale częściej jednak jeden z gitarzystów prowadził utwór budując przestrzenne struktury, które drugi uzupełniał tłem. Trochę Sonic Youth, trochę post-rocka, długie kompozycje często przeradzały w transowe jazdy. Jedna z najlepszych niespodzianek festiwalu.

Wydarzeniem piątku na głównej scenie było King Crimson. Nie jestem fanem tej grupy, której koncerty wydają się adresowane głównie do wielbicieli odkrywających n-tą różnicę w przemyślanych gitarowych wędrówkach grupy. Niemniej jednak koncert był ciekawy i wyróżniał się w całym festiwalu – efekt pewnego patosu i uczestniczenia w czymś podniosłym, niewątpliwie wywoływany przez liryczne - w mojej opinii - utwory, potęgowany był przez oprawę wizualną koncertu. Sugestywne światła i szczególna prezencja muzyków – Fripp cały koncert zagrał siedząc na stołku z boku sceny, ubrany na biało basista zdawał się fantomem – sprawiały wrażenie, jakby muzycy byli z innej planety niż pozostali uczestnicy festiwalu.

Chwilę później na drugiej dużej scenie zagrali Jaga Jazzist. Albumów studyjnych nie można określić jako tanecznych, ale na żywo zespół dodał utworom zadziorności. Dominował materiał z "The Stix" - zagrali tę płytę prawie całą. Znane już kompozycje wzbogacane były o dodatkowe elementy, niektóre zagrane z większą dozą brzmień elektronicznych, inne z rozbudowanymi partiami sekcji dętej. Jaga Jazzist w stu procentach potwierdzili swoją opinię grupy koncertowej. Brzmieli przepięknie, dynamicznie, byli pełni życia na scenie, cieszyli się graniem. Również tutaj oprawa wizualna była cudowna. Muzycy tonęli w ciepłych barwach (zdecydowanie nie skandynawskich), które uwypuklały nastrój tworzony przez dźwięki, a światło było idealnie zgrane z rytmiką i dynamiką muzyki. Na sam koniec zajrzałem jeszcze do Le Petite Maison de la Praire, gdzie Zion Train spełniał się właśnie w roli głównej gwiazdy. W namiocie tłok, w powietrzu gęsto od dymu, a każde zapytanie ze sceny "Are you people of ganja?" wywołuje euforię. Ludzie szaleją przy cyfrowym dubie z potrójną sekcją dętą. Do mnie jednak ten zespół nie trafia, drażni mnie monotonia ich muzyki i schematyczność utworów.

Sobota

Była najbardziej obfitym dniem. Moją uwagę przyciągnęły przede wszystkim koncerty na The Last Arena, gdzie wystąpili ci, dla których w sumie wybrałem się do Dour, oraz w Magic Tent, gdzie grały undergroundowe kapele. Na Red Frequency serwowano reggae i muzykę afrykańską, na Canibal Blue Stage rządziły hard-core'we kapele pod przewodnictwem Madball, w Le Petite Maison de la Praire zaczęły się prezentować kapele hip-hopowe, a w Pop Bitch Zone działy się rzeczy bardzo przeróżne.

Pierwszym zespołem w Magic Tent było Raxinasky z Belgii - noise'owe trio (perkusja, gitara, saksofon i wrzask). Inspiracje Pain Killerem, Fantomasem były ewidentne, ale słuchało się tej kapeli bardzo przyjemnie, choć po pół godzinie czuło się, że od ich wzorów dzieli ich jeszcze spora odległość. Następny band, Bacon Caravan Creek, okazał się takim belgijskim połączenie Radiohead i Placebo. Zespół był jednak bardzo dobrze zgrany i wkładał w swoją muzykę sporo serca, przy dużej pewności wykonania. Prawdziwe wrażenia przyszły jednak potem. Około piętnastej wystąpił Oxbow. Skład klasycznie rockowy, brzmienie pomiędzy Dischord, a Melvins. Kompozycje długie, motoryczne, transowe i narracyjne zarazem. W pamięć przede wszystkim zapada postać wokalisty. Eugene Robinson, wielki, umięśniony Murzyn ubrany jedynie w białe majtki, kontrastujące z jego błyszczącym cielskiem. Właściwie nie śpiewał, raczej wpadał trans, menodeklamował, krzyczał, jechał na testosteronie i momentami był dość wyzywający. Niby pretensjonalny, ale jednak kapitalny koncert. Nic dziwnego, że Mike Patton później wymieniał ich jako jeden z najciekawszych koncertów tego dnia, obok Melvins, Kaady i Black Dice.

Po Oxbow wystąpił duet Caspar Brötzmann & FM Einheit ze swoim performance. To już był pełen odjazd. Z jednej strony gitarowe zgrzyty, piski i sprzężenia, z drugiej cały arsenał żelastwa i narzędzi, z których wydobywane dźwięki – przez walenie młotami w pasy metalowych tulejek, piłowanie ich piłami elektrycznymi, tłuczeniem w blachę. Panowie wytwarzali kakofonię, którą ciężko byłoby słuchać z płyty, jednak na żywo było olbrzymią atrakcją śledzić cały proces tworzenia tych struktur hałasu. Dzień alternatywy w Magic Tent zakończyli The Ex – przeze mnie mocno wyczekiwany koncert. Archbishop Kebab i Dog Faced Hermans to już przeszłość, The Ex ciągle żywy twór. Użycie połamanej rytmiki, kontrabasu, folkowych nastrojów i specyficznie brzmiących, rozdygotanych gitar w połączeniu ze społecznie zaangażowanymi tekstami daje piorunujący efekt. The Ex gra obecnie w bardziej rockowym składzie, z biegiem lat ich muzyka stała się bardziej melancholijna i spokojna, a zarazem pełna smutnej refleksji nad otaczającym nas światem. Niewiele tutaj riffów, więcej sprzężeń i eksploracji gitary, do tego kontrabas i galopująca perkusja, a jednak ciągle to piosenki. Koncert doskonały, The Ex przeszło próbę czasu i pokazało, że konsekwentnie idzie swoją własną drogą grając muzykę, którą najlepiej czuje.

W międzyczasie odbyło się niezwykłe szoł w Pop Bitch Zone, które dał Bob Log III i żałuję, że nie miałem wtedy ze sobą aparatu. Żaden opis bowiem nie odda całego monty-pythonowskiego absurdu tego wydarzenia. Bob Log III ubrany był w niebieski, gumowy kombinezon z suwakiem po środku, na głowie miał hełm, jakiego używają piloci samolotów wojskowych, ze słuchawką telefoniczną, przez którą przepuszczony był wokal. Jedną nogą wybijał rytm na bębnie, do drugiej miał podłączony talerz. W dłoniach dzierżył gitarę o bluesowej barwie, ale nieco rozstrojoną. Grał obłędne, wesołe piosenki pastwiąc się nad americną. Duch The Residents unosił się w powietrzu. Utwory często zapowiadał i okraszał komentarzami, które były równie poważne jak jego wygląd i muzyka. Na koniec stwierdził, że może go zagrać tylko, jeśli na jego kolanach usiądą jakieś dziewczyny, po czym z dwiema panienkami podskakującymi do rytmu, bo przecież Bob jakoś musiał grać na bębnie i talerzu, zamknął doskonały koncert.

Wieczór spędziłem na The Last Arena. W dzień pojawili się tam m.in. Norwedzy z Cato Salsa Expierience i ich bazujące na gitarach i klawiszach, lekko garażowe kawałki przywodzące na myśl John Spencer Blues Explosion. Później zagrali też The Cherry Vallence, którzy grając hard rock a la Led Zeppelin byli nudni, ale sięgając po dwie perkusje i stonerowe klimaty a la Kyuus lub Queens of the Stone Age, byli całkiem ciekawi. Stonerowy wątek pociągnęli w metalową stronę Belgowie z Blutch, ale zrobili to dość przeciętnie.

Melvins byli jednym z głównych powodów mojego wyjazdu do Belgii. Panowie wkroczyli na scenę i zaczęli prawie bez słowa. Pierwszorzędne były ich stroje, Buzz w jakiejś pelerynie, basista Kevin w szortach nie sięgających połowy uda, a perkusista Dale Crover wkroczył na scenę, zamaszystym ruchem zerwał z siebie dresowe spodnie i zasiadł za bębnami w damskiej halce. No ale nie to stanowi o klasie ich muzyki. Grali sporo utworów z "Hostile Ambient Takeover", pojedyncze z "Bootlicker", "Maggot", "Stag". Pomiędzy utworami nie było praktycznie przerw, wykorzystali swój czas w pełni. Melvins grając na żywo podali widzom we wzmocnionej formie to, co stanowi o jakości ich płyt. Świetną perkusję, niestandardowe konstrukcje utworów, dialogi pomiędzy muzykami, genialne granie Buzza i jego pełen energii śpiew. Partie, które na płytach są porywające, tutaj były wręcz desperackie, wybuchowe. Te wszystkie przejścia, motoryczne partie gitar, erupcje energii wprowadzały w tę muzykę pewien trans, nastrój szału. Dodatkowo, podczas występu Melvins, ktoś obok sceny zaczął akcję rzucania w powietrze papierowych tacek, na których sprzedawano piwo. Latały one jak freesbie. Po chwili było ich w powietrzu kilkadziesiąt, ciągle wyrzucanych w świetle zachodzącego słońca i potęgujących poczucie uczestniczenia w wydarzeniu artystycznym pełnym pasji, wręcz obłędnym.

Melvins dotarli do Dour w ramach "Ipecac Geek Show", czyli trasy z Tomahawkiem i na kilku koncertach Kaadą. Kaada wystąpił o północy z trzydziestominutowym show. Trzech Norwegów w stylowych garniturach – oprócz lidera, śpiewającego, grającego na klawiszach i mającego pod kontrolą także sampler, perkusja i gitara. Ich muzyka to kpina i gra konwencją pełną gębą – zarówno muzycznie i tekstowo, jak i w zachowaniu. Wokalista przeżywał niezmiernie, furorę robił też perkusista. Istna gorączka sobotniej nocy. Po tym koncercie zachwyt Pattona tym norweskim projektem stał się zupełnie zrozumiały. W miarę trwania koncertu robiło się coraz zabawniej. Kaada wykrzyczał pod adresem publiczności długą tyradę w swoim ojczystym języku, mógł w niej wyzwać zebranych od najgorszych, a wszyscy i tak odpowiedzieli uśmiechami. W czasie ostatniego utworu surrealisty, sięgnął zenitu, gdy śpiewając: "Thank you for giving me your valuable time", wokalista sypał brokat skacząc po scenie. Przepyszny przerywnik pomiędzy Melvinsami a Tomahawkiem.

Tomahawk był zwieńczeniem soboty, po takim koncercie nie było sensu oglądać czegokolwiek innego. Zaczęli od Bird Song z ”Mit gas". Pod sceną tłok, jakiego wcześniej tam nie było. Długie intro, a potem wreszcie możemy się przekonać, jaki potencjał ma ta kapela – muzyka eksploduje prosto w twarz, energią przewyższając wykonanie studyjne. Patton, ubrany w policyjną kurtkę i koszulkę, od początku używa dużo sprzętu, czasami przesterowując wokal i śpiewając do różnych mikrofonów. Abstrahując od dodatków technicznych, Patton udowadnia, że potrafi śpiewać jak nikt inny, niesamowicie przechodzi od spokojnych partii prowadzonych aksamitnym głosem, przez głębsze, niższe frazy, aż do wyrzucanych z potężną siłą wrzasków. Już w pierwszym utworze pokazał, że na żywo osiąga swobodę i siłę głosu, które nadają utworom nową jakość. Drugi utwór to God Hates a Coward, potem Flashback, When the Stars Begin to Fall, Jockstrap, Capt Midnight, Harelip. Chciałoby się szaleć, ale Tomahawk gra tak, że nie pozostaje nic innego niż stać w osłupieniu i podziwiać. O ile na płytach Tomahawk blisko do Faith No More, to na żywo bliżej do Fantomas. Grają dużo agresywniej, ostrzej, Patton śpiewa potężniej i drapieżniej. Usłyszeliśmy jeszcze Rotgut, POP 1, You Can't Win, zakończenie którego różniło się od wersji płytowej, było bogatsze o sprzężenia i efekty dodawane przez Pattona. Potem Mayday, 101 North i na zakończenie Laredo. Ostatni utwór stanowił ukoronowanie występu. Zagrany potężnie, z rozbudowanym i ciężkim zakończeniem, które przerodziło się w dwuminutową jazdę, improwizację pełną sprzężeń, hałasu, wrzasku i rodzącą uczucie zbliżania się do nieuchronnej eksplozji. Cudowne zwieńczenie genialnego koncertu i fantastycznego dnia.


Niedziela

Kończyła festiwal. Na Red Frequency był dzień rockowy z Therapy? i Rollins Band jako gwiazdami. The Last Arena nie miała jednoznacznego oblicza: ska, punk-rock, reggae. W Pop Bitch Zone grały tylko zespoły belgijskie, z jedynym wyjątkiem, Yo La Tengo, ale niestety nie widziałem tego koncertu. W Le Petite Maison de la Praire dominował hip-hop, a Canibal Blue Stage został opanowany przez miotających się chłopaków zafascynowanych Soulfly, KoRn i kapelami numetalowymi. Niektóre z tych zespołów były tak wtórne, że aż przykro było patrzeć. Dwoma wydarzeniami, o których warto wspomnieć były koncerty Nostromo i Watcha. Ci pierwsi to kwartet ze Szwajcarii, który pasował do reszty obsady jak pięść do oka. Wystąpili w południe, grając ultra ciężki, charczący grind. Ich muzyka jest bardzo techniczna, wręcz matematycznie precyzyjna. Imponujące granie, ale jednak zbyt przytłaczające w południe. Watcha natomiast to zespół z Francji, który jest tam lokalną gwiazdą. Gra w stylu KoRn lub Incubus, nie jest oryginalny, ale przynajmniej robi to sprawnie. Uroku dodaje im to, że część utworów jest po francusku. Z pewnością prezentują wyższy poziom niż 90% kapel numetalowych promowanych w mediach.

W Le Petite Maison de la Praire był dzień hip-hopowy. Od południa belgijscy i francuscy raperzy nawijali zawzięcie, a liberalne podejście belgijskich władz do marihuany ułatwiało przebieg koncertu. Wpadałem tam sporadycznie, ale niestety rzadko pojawiało się coś intrygującego - część była wręcz banalna i brzmiała mało ciekawie. Zgromadzona publika była jednak w miarę ukontentowana. Tym większy był dysonans, gdy na scenę wkroczył Dalek. To trio (Dalek- wokal, DJ Still - gramofony i Octopus- komputer), wydawane przez Ipecac, gra ciężki i mroczny hip-hop. Ich podkłady są kakofoniczne, elektroniczne, gdzieniegdzie wzbogacane o wsamplowane gitary. Elektronika tworzona przez Octopusa jest agresywna, pełna zgrzytu co trochę przywodziło na myśl czwartkowy set Aleca Empire. Odrębna bajka to sposób traktowania gramofonów przez Stilla. Już w grudniu 2002, na koncercie w Warszawie, zachodziłem w głowę nad jego grą, pełną determinacji i zagrywek typu miętoszenie igły w gębie. Jego skreczowanie jest ciężkie i "garażowe". Do tego dochodzi sam Dalek, Latynos potężnych rozmiarów, który posępną ekspresją uzupełnia mroczny wizerunek kapeli. W Dour jednak nie dane im było rozwinąć skrzydeł. Już w pierwszym utworze słychać było, że coś jest nie tak ze stroną techniczną występu. Kolaps nastąpił chyba w czwartym utworze i trochę czasu minęło, zanim udało się usunąć awarię. Ponieważ nie mogli przekroczyć przepisowych 50 minut, zagrali jedynie kilka utworów. Pozostał niedosyt.

Następna formacja na tej scenie grała muzykę diametralnie inną. The JazzyFatnastees to kapela z Filadelfii, współpracująca np. z The Roots. W składzie jest gitara, bas, perkusja i dwie wokalistki. Tworzą muzykę przywodzącą na myśl Erykę Badu. Właśnie ta różnorodność gatunkowa jest wielkim atutem imprezy w Dour. Po ponurym Dalek mieliśmy soul'owe The JazzyFatnastees, które zagrało bardzo solidną porcję pozytywnie nastrajającej, spokojnej muzyki urozmaicanej często jazzowym feelingiem. W dwóch utworach pokusili się o cięższe granie, co dało piorunujący efekt w zestawieniu z delikatnymi, "czarnymi" wokalami dziewczyn. Dla mnie pierwsza klasa.

Wydarzeniem dnia na The Last Arena były występy The Wailers i Stereo MC's. The Wailers z niesłabnącym entuzjazmem odgrzewają utwory grane kiedyś z Bobem Marleyem. Niby mają do nich prawo, bo współautorem muzyki był Peter Tosh, czyli gitarzysta i lider The Wailers, ale mnie się to nie podoba – grają jak cover-band, Bob Marley Revival, odcinając kupony od właściwie nie swojej sławy. Idealnym zakończeniem festiwalu był natomiast koncert Stereo MC's. Trochę szkoda, że panowie występują w tak skromnym składzie - perkusja, didżej, klawisze i wokale. Grany na żywo bas lub dęciaki na pewno wzbogaciłby ich muzykę. Zespół wpadł na scenę ubrany w obowiązkowe zielenie i zaczął od Traffic z ostatniego albumu, później było We Belong In This World Together, Sophisticated, Deep Down & Dirty. Nie zabrakło oczywiście Connected. Mimo, że najlepsze lata kariery Stereo MC's mają już za sobą, to na żywo wypadają świeżo i wciąż potrafią porwać ludzi do tańca. Brzmienie też porządne, wokalista, mimo że ciągle skakał po scenie jak sprężynka, ani na chwilę nie tracił. Uroku dodają też wokalistki, do obowiązków których należy też chyba wzbogacanie oprawy wizualnej występu. Grupa ludzi przyniosła pod scenę poduszki i zaczęła je rozpruwać, pierze było wszędzie. Efekt wizualny w połączeniu z oświetleniem sceny był świetny, ale oddychanie tym pierzem i usuwanie go z zakamarków ciała już mniej przyjemne. Cóż, urok Dour. Po takim zwieńczeniu, nie pozostało nic innego jak udać się na zasłużony odpoczynek po czterech dniach festiwalowego znoju i usnąć przy odgłosach koncertu Rollins Band.

Zdjęcia? Niestety dość umowne, ale trudno więcej uzyskać Zenitem.

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Tomahawk [fot. Piotr Lewandowski]
Tomahawk [fot. Piotr Lewandowski]
Melvins [fot. Piotr Lewandowski]
The Ex [fot. Piotr Lewandowski]
Dalek [fot. Piotr Lewandowski]
Stereo MC's [fot. Piotr Lewandowski]