Powiększenie we wrześniu
Something Like Elvis
Hanne Hukkelberg
Matthew Shipp & Joe Morris
Six Organs Of Admittance
The Whitest Boy Alive
OffOnOff
The Complainer
Donna Regina
Hotel Kosmos
Meril Wubslin
Jamie Lidell
Ólafur Arnalds
Hypnotic Brass Ensemble



Pełna nazwa tego festiwalu, Belgian Alternative Music Event, jest w 100 procentach adekwatna: spektrum prezentowanej muzyki jest naprawdę szerokie, a dobór wykonawców - idealny. Praktycznie o każdej porze można odnaleźć coś godnego uwagi. Dour Festival to dwie duże otwarte sceny i cztery namioty (każdy mieszczący około dwa tysiące widzów), wysoki poziom realizacji technicznej, całe mnóstwo atrakcji oraz w miarę przystępna cena - 70 euro za 4 dni wraz z kempingiem. To wszystko sprawia, że Dour Festival jest przeżyciem niesamowicie intensywnym i nieporównywalnym z innymi doświadczeniami muzycznymi, a do tego dosyć niedrogim. Sami organizatorzy byli zaskoczeni ilością widzów - na kempingu było 25 tysięcy osób, a przez cały festiwal przewinęło się 110 tysięcy. Oczywiście można by się czepiać pewnych niedociągnięć organizacyjnych, ale absolutnie nie to jest moim celem; zatem przejdźmy do meritum.
CZWARTEK
WIECZÓR
Czwartek miał być rozgrzewką przed weekendem, główna scena nie była jeszcze gotowa. W dwóch namiotach grali tylko didżeje, prezentujący głównie housowe brzmienia. Jedynym, który tego wieczoru przyciągnął naszą uwagę był Alec Empire. Zaczął swój set dopiero po 22, ale i tak udało mu się po brzegi wypełnić ludźmi pustawy wcześniej namiot o wdzięcznej nazwie Le Petite Maison de la Praire (Mały domek na łące). Tym razem muzyka lidera ATR nie przypominała tego, co zawierają jego płyty. Stojąc w strumieniach ostrego światła Alec podawał kolejne dawki ciężkiego, walącego w uszy zgrzytu i pisku. Niewiele bitów, dużo przestrzennych plam dźwiękowych i przeciągłych huków, groza i niepokój unosząca się w powietrzu. Z każdą minutą kolejne kawalkady dźwięków potęgowały klimat destrukcji i zniszczenia. Co ciekawe Alec zupełnie zrezygnował z brzmienia gitar, często przez niego wykorzystywanych na albumach studyjnych.
Główną atrakcją czwartku miał być dla nas występ Soulfly, więc po kilkudziesięciu minutach musieliśmy przenieść się z namiotu pod scenę. Właśnie zaczęło się ściemniać. Warunki na występ pod gołym niebem były wręcz idealne. Scena wielgachna, za zespołem rozwieszone flagi z sylabą om i tribalem - logo kapeli. Rozpoczęli oczywiście od Downstroy, potem Seek'n'Strike, za chwilę intro do Jumpdafuckup, które przechodzi w Bring It. Max jak zwykle pełen energii, reszta kapeli też nie pozostaje w tyle, ale brzmienie jakoś nie zachwyca. Później było trochę lepiej, ale wciąż bez rewelacji - szczególnie w porównaniu z bardzo wysokim poziomem realizacji pozostałych imprez festiwalu. Czwartym utworem był Roots Bloody Roots - do tej pory zagrali identycznie jak w lutym tego roku w Warszawie, spodziewałem się jednak, że Soulfly na festiwalu zagra trochę inaczej niż w klubie i już następny utwór potwierdził moje przypuszczenia. Do zespołu dołącza przybrany syn Cavalery - Ritchie i grają Bleed, z przejściem na Tree of Pain. W międzyczasie zdążyło się zrobić ciemno i całkiem gorąco. Dalej kapela gra Quilombo a z niego przechodzi do Exodus Boba Marleya - patent chyba często przez nich prezentowany, bo znalazł się nawet na płycie. Kolejny kawałek to Tribe, do którego intro po portugalsku, dotyczące indiańskiego rewolucjonisty z Brazylii imieniem Zumbi, odśpiewuje nic nie rozumiejąca publika, przy aktywnym udziale także i mojej osoby. Nastrój robi się wręcz bojowy. Po Fire zespół na chwilę znika. Słychać jedynie perkusję. Po chwili pozostali muzycy dołączają uzbrojeni w bębny. To właśnie miałem na myśli oczekując od nich czegoś więcej niż na koncertach w zamkniętych salach. Za chwilę dostajemy Arise/Dead Embryonic Cell Sepultury Sepultury. Zaraz potem kolejna niespodzianka - tym razem naprawdę duża. Soulfly gra z punkowym zacięciem Territorial Pissing Nirvany. Gdzieś w międzyczasie był jeszcze fragment utworu Headup, nagranego swego czasu przez Maxa razem z Deftones. Na koniec głównej części koncertu mamy przebój, zyli Back to the Primitive i kapela znika ze sceny. Wychodzi jescze na 2 bisy - Prophet i Eye for an Eye. Jak widać, Soulfly zagrali zaskakująco dużo utworów ze swojego debiutu i tylko dwa (i pół) z ostatniej płyty. Zestaw utworów różnił się mocno od tego na ostatnim występie w Polsce. Cavalera po raz kolejny udowodnił, że jest zwierzęciem koncertowym i że jak mało kto potrafi porwać fanów. Soulfly pokazali też na czym polega urok otwartych letnich festiwali, grając zupełnie inny szoł niż w klubach i doskonale wykorzystując potencjał, jaki daje gra pod otwartym niebem, w nocy, dla dużej publiczności. W powietrzu jest trochę inna energia, którą Soulfly potrafią doskonale wyczuć i przekazać ludziom.
DZIEŃ
W dzień na tej scenie grały francuskie i belgijskie zespoły, których nie dane mi było słyszeć wcześniej. Godna uwagi jest kapela Dionysos z Francji. Na scenie występowali ubrani w garniturki, co przypominało mi The (International) Noise Conspiracy. Brzmieli także podobnie. Nie za ostre, ale bardzo energiczne granie gitarowe z męskim i damskim wokalem. Zdecydowanie na ich korzyść przemawiało różnorodne instrumentarium - skrzypce, harmonijka ustna, kontrabas na zmianę z basem a nawet decki. W ich muzyce unosił się duch piosenki francuskiej, czasami przetasowany ze spokojniejszym utworem w stylu wczesnego Radiohead. Jednak głównie było to dobre, energiczne granie. Ich występ pochłonął mnie na tyle, że odpuściłem sobie początek występu Jimiego Tenora. Dionysos doskonale sprawdza się na koncertach; ich repertuar jest dość szeroki, czym zdobywają sobie serca publiki. Gdyby ktoś znalazł się we Francji i miał okazję ich zobaczyć, gorąco polecam - był to jeden z lepszych nieznanych mi zespołów, które dane mi było zobaczyć w Dour.
Jak już wspomniałem, w czwartek wieczorem, w namiocie o nazwie Pop Bitch Zone, grał też Jimi Tenor Big Band. Nazwa zobowiązuje, więc Jimi gra teraz z prawie dziesięcioosobowym zespołem. On sam oczywiście śpiewa, gra na klawiszach i saksofonie. Do tego perkusja, gitary i mrowie dęciaków. Ze starego wizerunku Jimiego i jego "lekko" kiczowatej elektroniki nie zostało już nic oprócz kiczu, bo jak inaczej nazwać srebrne pelerynki muzyków i ich niebieskie, obcisłe kostiumy. Muzyka też jest śmiertelnie poważna, o tekstach nie wspominając. W przypadku tej kapeli trzeba przyjąć, że ma się do czynienia z czymś bardzo specyficznym. Cały ten wizerunek nie do wszystkich trafia, ale jeżeli zaakceptuje się tę formułę i zechce wziąć udział w prywatce organizowanej przez Jimiego, to zabawa jest przednia. Bo ta kapela to właśnie big band, grający piosenki z głupkowatymi tekstami o miłości. Jimi Tenor Big Band stawia słuchacza w podobnej sytuacji jak robią to The Residents: sprawdza, czy jest w stanie nie dbać o pozory, przyzwyczajenia i otworzyć się na swobodną, nieskrępowaną zabawę konwencją. Wyskakałem się jak szalony przy swingujących dęciakach kolesi w pelerynkach i wybujałem się do nostalgicznych śpiewów Jimiego. Wystarczy trochę przymrużyć oko, a zabawa z Jimim robi się pierwszorzędna.
Zwieńczeniem czwartku był Herbaliser w Pop Bitch Zone. Na płytach ten angielski zespół występuje jako duet. Ostatnio jednak zdaje się, że mamy do czynienia z tendencją do rezygnacji z grania "czysto" didżejskiego i powrotu do łask żywych instrumentów. Może więc i Herbaliser wpisuje się w ten trend - dość powiedzieć, że na scenie wystąpiło 10 osób wyposażonych w instrumentarium idealne do grania taneczno- relaksującej muzyki. Pierwszorzędne skrecze, klawisze, żywa perkusja, bas i bębny, a do tego rozbudowana, czteroelementowa sekcja dęta serwowały muzykę przywodzącą na myśl Stereo MC's oraz Coldcut: podprawioną jazzem, azjatyckim sosem i emanującą pozytywną energią. Chyba ze względu na późną porę, w miarę upływu czasu The Herbaliser grali coraz mniej tanecznie, a coraz bardziej chill-outowo i jazzowo. Doskonałe zwieńczenie wieczoru.